środa, 21 lutego 2018

Sweet dreams are made of this...


      Najnowszy obraz Pana Guadagnino’ego jest piękny i wodzący na pokuszenie jak jego poprzednie filmy(Jestem miłością; Nienasyceni). I nawet jeśli reżyser znalazł drogę na skróty do wskrzeszania klasyków kina Włoskiego, to nadal warto go oglądać(jeszcze w tym roku powinniśmy ujrzeć legendarną Suspiria – polecam śledzić informacje odnośnie tego wydarzenia, gdyż zapowiada się wyjątkowy „remake”). Tym razem artysta postanowił zabrać nas do zakazanego ogrodu, w którym na przykładzie dwójki bohaterów po raz kolejny dowiedzie jak zamienić piękno w uczucie. Jeśli już teraz czujecie miętę, to czytajcie dalej, jeśli nie wiecie o co tutaj chodzi, to ryzykujecie. Podobnie jak ryzykuje się zagłębiając się w świat Call Me by Your Name. Świata tysiąca i jednej nocy, który może zostać opisany krótko, płytko i jednoznacznie. Świata, który może zostać z drugiej strony opisany zbyt interpretacyjnie głęboko. We wszystkim bowiem warto zachowywać odpowiednią miarę. Tę dobrą „miarę” przyłożył bez wątpienia do swojego najnowszego filmu Pan Guadagnino. Ciężko to wyrazić słowami, więc jak tylko mogę spróbuję Wam opowiedzieć, co widziałem.
       Całą fabułę i jej interpretację sobie daruję, gdyż mądrzejsi ode mnie już lepiej ją zanalizowali. Przejdę jak nigdy wcześniej „do rzeczy”. Do Elio(Timothee Chalamet) i Olivera(Armie Hammer). Ta dwójka miga się między sobą przez niemal jedną czwartą filmu. Ich uniki i spotkania wypełniają cały obraz. Przypadkowe performance w odniesieniu do miejscowych  dziewcząt, które wykonują mniej lub bardziej przekonująco(schadzka Elio i Marzii) sprowadzają się wyłącznie do tematu „kto się lubi, ten się czubi”, który z kolei dotyczy tylko tej dwójki. Tutaj nie da się nikogo oszukać, tym bardziej, że ten „ktoś”, to po prostu nieokiełznana rządza; natura sama w sobie. Nie do sądzenia, nie do okiełznania. Tacy możemy być, tacy jesteśmy zdaje się wyrażać poprzez swój obraz Pan Guadagnino. Nieważne jak głęboko ukrywamy swoje popędy, one mniej lub bardziej nami kierują(odwołujcie się tutaj do wszelkich filozofii, a i tak tego nie oszukacie). W tej relacji można doszukać się subtelności jakie ujawniają się poprzez wahanie, eksperymenty i niezwykłą odwagę obu bohaterów, okupioną właściwym dla tego kroku cierpieniem. Ich uczucie, to próba która daje wiele do myślenia i pozostawia widza z zapytaniem: ile byłbym w stanie zaryzykować dla spełniania swoich potrzeb i co zrobiłbym z tym później? Genialne. Tym bardziej, że dla obu kochanków nie jest to w tym przypadku jednoznaczne określenie ich tożsamości płciowej!


         To co nie umknie uwagi, to piękno przestrzeni w jakiej rozgrywa się ten tragiczny(?) romans(?). Wszystko jak w półśnie, idylli, sielance(?). Wydarzenia, które obserwujemy zostają zamknięte cudownie w świetle i cieniu przepięknych krajobrazów, które same sobą narzucają estetykę piękna i miłości. Całe Włochy zaklęte w obiektywie Pana Guadagnino stają się z każdą kolejną sceną, pejzażem dla zdolnego malarza(willa, jej nieprzypadkowe umeblowanie i wypełnienie, które staje się w dużej mierze świadectwem ludzi ją zamieszkujących – nic tu nie jest na pokaz). To wszystko staje się idealną scenerią dla dwójki kochanków. Nienaganny smak namaszczony jakością obrazu, podrasowanego pasją i dramatem kierującymi głównymi postaciami sprawiają, że całość staje się erotycznym dziełem sztuki uwiecznionym na taśmie – czy można lepiej określić styl tego niepowtarzalnego reżysera?. Poza tym, że film jest zrobiony po prostu ze smakiem i nie wciska widzowi nachalnie pewnych wątpliwych kwestii(jak chociażby różnica wieku obu bohaterów), jego twórca potrafi zachować dystans od odpowiadanej historii. I tak oto jankeskie „later” Olivera, czy choćby klasyczna „ucieczka” kamerą przez okno gdy zaczyna się robić gorąco udowadniają nam, że reżyser przez cały czas czuwa nad lekkością swojego obrazu i dla zachowania równowagi w ten lub inny sposób doprawia go specyficznym poczuciem humoru.

Gdy antyczne posągi wyznaczają granice piękna i pożądania, niemal wołając: patrzcie na nas, stworzono nas po to, by nas podziwiać i pragnąć poprzez wieki! Jaki wrażliwy śmiertelnik mógłby się temu oprzeć? Nie bez powodu od wieków Dawid czy Wenus z Milo są wzorami wdzięków. Pot spływający po stymulująco wyrzeźbionym ciele Olivera sprawia, że zatapiamy się w całość tego zakazanego ogrodu niemal naturalnie odczuwając gorąc leniwych wakacyjnych dni na prowincji. Wszystko jak z obrazka: rodzi się więc pytanie o to, czy to może być w ogóle realne? Może to tylko wyobrażenie, rzeźba, abstrakcja? Coś do czego możemy tylko dążyć, coś czego możemy tylko pożądać i coś po co tylko odważni(Elio) mogą sięgnąć. Rzeczywistość musi jednak zawsze brutalnie przypomnieć o sobie i o świecie poza tamtymi dniami i nocami. I tak jak nasze wyobrażenia nie zawsze są tym co otrzymujemy w świecie rzeczywistym, tak decyzje, które czasem podejmujemy kierowani szalonym urokiem nie zawsze przynoszą pożądane skutki. Gorąco polecam Wam historię Elio i Olivera: odprężą, wzrusza, oczarowuje i daje do myślenia.

Moja ocena: 5/6

sobota, 23 grudnia 2017

Czy to jeszcze Gwiezdne Wojny?


            Jest moc! – zakrzyknięto hurmem we wszelkich mediach zaraz po premierze najnowszej części Gwiezdnych Wojen. Niewątpliwie Ostatni Jedi wtargnął z wyczekiwanym przytupem do kin na całym świecie sprawiając, że dla wielu fanów „gwiazdka przyszła nieco wcześniej”. Niestety nie dołączę się tak ochoczo do tłumów, opiewających wielkie zwycięstwo Riana Johnsona, który odpowiada za scenariusz i reżyserię ósmego epizodu. Obraz jest bez dwóch zdań bardzo dobrym filmem science fiction, ale po obejrzeniu go kilkukrotnie i przeczekaniu rozpalonych po pierwszych projekcjach emocji, doszedłem do wniosku, że w filmie w którym co rusz słyszymy o znaczeniu równowagi, paradoksalnie panuje ogromny jej brak. Jeśli poprzednią część traktowałem ulgowo, to w tym wypadku muszę być już w pełni obiektywny. Odrzucę rzez jasna swoją prywatną opinie na temat zerwania z wcześniejszą chronologią uniwersum i postaram się przedstawić Wam nowe Gwiezdne Wojny najuczciwiej jak się da.
            Zacznijmy od bohaterów. Obsada w bardzo przyjemny sposób łączy weteranów ze świeżakami pojawiającymi się na ekranie, choć nie można ich tak swobodnie jakby się chciało postawić obok siebie. Mark Hamill narzekał okrutnie na postać Skywalkera jakiego ma odgrywać w tej części, ale koniec końców postać Luke’a jest dobrze pokazana, a w niektórych scenach nadaje wręcz epickiego sensu całości. Może to nie jest Skywalker jakiego chciał grać Pan Hamill, ale z pewnością jest to Skywalker na miarę ósmego epizodu. Zaskoczyły mnie(pozytywnie) wystąpienia Laury Dern w roli pani wiceadmirał Holdo, oraz Benicio del Toro jako kosmicznego łotrzyka, DJ. Obie te postaci dodają do filmowego świata Gwiezdnych Wojen nieco poważniejszych kwestii związanych zarówno z lojalnością jak moralnością i sensem wojny w ogóle.


Adam Driver wreszcie nadał mrocznego i poważniejszego tonu postaci Kylo Ren’a i to właśnie jego wystąpienie podobało mi się w tej części najbardziej. Gra pozostałych aktorów była poprawna, ale niestety większość z nich nadal nie wyróżnia się niczym szczególnym. Rey odbywa przyspieszony trening u Luke’a, po czym w dalszym ciągu wie o mocy tyle, że podnosi się nią kamienie. Fin natomiast gania po całej galaktyce żeby uchronić kogo tylko się da, przy czym robi z siebie pierdołę pokroju niemalże Jar Jar’a(cóż, na kogoś paść jak widać musiało). Do tych nowych postaci niestety jeszcze się do końca nie przekonałem i trochę mi przykro, że twórcy nie starają się tej sytuacji zmienić. Na obronę jednak dodam, że każde potknięcie przy kreowaniu postaci w toku fabuły jest zręcznie naprawiane podczas jej dalszego rozwoju.


            To co może niepokoić, to fakt, że Ostatni Jedi nie wyjaśnia prawie niczego, a na domiar złego pozbywa się niektórych, jakby się zdawało, kluczowych wątków i postaci w zastraszająco szybkim tempie. Nie tłumaczy sensu ich przydatności, czy w ogóle bycia częścią Gwiezdnych Wojen. Jeśli kolejna część tego nie nadrobi to będzie to bardzo poważny błąd i dziwię się, że krytycy tego nie dostrzegają(patrz wątek Snoke’a). Sam obraz jest mocno niezrównoważony jeśli chodzi o ilość frajdy i zawodu jakich może dostarczyć. W jednej scenie jesteśmy zachwyceni wyczynami Poe Damerona(Oscar Isaac), aby po chwili zniesmaczyły nas kosmiczne "podróże" księżniczki Lei(poważnie to jest chyba najgłupsza scena jaką do tej pory widziałem w całej serii!).
Humor także mocno balansuje na krawędzi. Wstawki z Chewie’m poruszą serca każdego fana, ale niestety głupkowate zachowanie i przytyki Finn’a(John Boyega) sprawiają, że widz ma wrażenie jakby traktowało się go jak upośledzonego(Disney chyba zapomniał, że nie robi filmu wyłącznie dla dzieci i glonojadów). Tak, tak: plaga humoru wciskanego na siłę i przekonanie, że wszystko bawi mało wymagającego widza, dosięgła także Gwiezdne Wojny. Wstyd! Po raz kolejny także brakuje konkretniej, zapadającej w pamięć muzyki. Zdaje się, że najnowsza trylogia nie jest w stanie wypracować tak epickiej ścieżki dźwiękowej jak jej poprzedniczki. Na chwilę obecną jedynie umiejętnie z niej korzysta. Szkoda.
Niemniej na wielki plus zaliczam umiejętne posługiwanie się poprzednimi epizodami(5 i 6). Zauważyłem także elementy z książek(Pakt na Bakurze; Thrawn), oraz komiksów(Mroczne Imperium). Może Disney nie do końca pilnuje jednak swoich artystów, którzy umiejętnie przemycają stary porządek rzeczy do nowego tworu. Bardzo przyjemne zabiegi.
Wszyscy obawiali się kolejnej kalki fabularnej, jak miało to miejsce w epizodzie siódmym, który kopiował rozwiązania scenariuszowe z Nowej Nadziej, ale Ostatni Jedi zdołał zręcznie uniknąć tej pułapki. Niektóre sceny nasuwają bezpośrednie skojarzenia z Imperium Kontratakuje i Powrotem Jedi, ale kolejność i nasycenie ich ukazania jest zupełnie inna i od razu widać, że Rian Johnson nie chciał powielać rozwiązań sprzed lat, a za ich pomocą nadać jedynie nieco rumieńców własnemu dziełu- takie oczko w stronę widza. Pozytywnym aspektem nowej części jest także rozbudowanie galaktyki o nowe planety i jej mieszkańców dzięki czemu mamy wrażenie, że nowy porządek wszechświata Gwiezdnych Wojen jest jednak systematycznie zapełniany interesującymi elementami.



            Mocną stroną filmu są walki oraz kilka naprawdę epickich scen, które zawsze windowały w magiczny sposób cały film(komnata tronowa Snoke'a; poświęcenie wiceadmirał Holdo, czy wreszcie właściwe wejście Skywalker'a i bitwa na Crait). To na nie właśnie najbardziej warto czekać, bo to one pozwalają zapomnieć o wpadkach twórców i cieszyć się w pełni światem Gwiezdnych Wojen. Bitwy, zarówno te toczone w przestrzeni jak i między jednostkowymi bohaterami, zostały dopracowane z największą pieczołowitością i ucieszą oko najbardziej wymagających amatorów kina akcji. Okraszone świetnymi efektami specjalnymi, zjawiskowe sceny pozwalają nam po raz kolejny zgubić się w odległej galaktyce.
Ostatni Jedi to mistrzowskie połączenie akcji i przygody, które osadzone jest na osi walki o życie ostatnich członków Ruchu Oporu, uciekających przed wiecznie depczącym im po piętach Pierwszym Porządkiem. Napięcie i wyścig z czasem nie pozwalają się nudzić podczas seansu. Obraz jest tak zręcznie skonstruowany, że gdy myślimy, że to już koniec naszej przygody, ta rzuca nas w wir kolejnej akcji. Kilkukrotnie podczas oglądania filmu bałem się, że magia pryśnie za szybko i nie nacieszę się w pełni klimatem Gwiezdnych Wojen, ale obraz Pana Johnsona nie zawiódł mnie i po dwóch latach oczekiwań dostałem to na co czekałem… w dużej mierze. Disney nieco przecenił swoje możliwości, ale myślę, że ta lekcja nie pójdzie na marne i kolejna część wszystko nam wynagrodzi. Inaczej Gwiezdne Wojny mogą dla wielu fanów skończyć się o wiele wcześniej niżby sobie tego życzyli ich nowi projektanci. Nie można wszak zapominać, że radykalne decyzje wytwórni odnośnie nowej trylogii już pozbawiły ich setek tysięcy odbiorców, którzy pozostają nieugięcie wierni klasycznej trylogii. Nie pozostaje jednak kwestią dyskusyjną fakt, że odświeżenie tematu przyniosło jak na razie więcej dobrego uniwersum Gwiezdnych Wojen. Przede wszystkim znów jest o nich głośno. Zainteresowani mogą liczyć na nowy film co roku i znów czerpać radość z eksploracji galaktyki oraz spędzaniu długich godzin na dywagacjach dotyczących tego co jeszcze nas czeka... żeby tylko Gwiezdne Wojny, Gwiezdnymi Wojnami pozostały. Tego życzę sobie i wszystkim, w których tli się jeszcze iskierka nadziei.

Moja ocena: 5/6
Recenzję można przeczytać także na portalu Grabarz Polski

piątek, 1 grudnia 2017

Morderstwo w Orient Expressie. Stare grzechy rzucają długie cienie...



       Muszę przyznać, że Pan Kenneth Branagh nie tylko bardzo mnie w tym roku zaskoczył, ale również wprawił w niemałe zakłopotanie. Byłem bowiem święcie przekonany o tym, że Murder on the Orient Express, jest jego debiutem reżyserskim(mea culpa). Gdy przeanalizowałem jego twórczość przekonałem się, że jest on równie uzdolnionym reżyserem, jak i aktorem. Doszło do mnie także, że stoi on za kilkoma bardzo przeze mnie cenionymi produkcjami, na co nie zwróciłem wcześniej uwagi. Reżyserował takie perełki jak: Henry V(1989); Much Ado About Nothing(1993); Frankenstein(1994); Hamlet(1996). Tym razem w kooperacji z Ridleyem Scottem(produkcja) oraz Michaelem Greenem(scenariusz) udało mu się stworzyć kolejny piękny obraz, który podobnie jak pozostałe, godnie wynosi na ekran swój literacki pierwowzór.
Łatwo się domyśleć, że zagranie kolejnej znanej literackiej postaci było dla Branagha zarówno wyzwaniem, jak i potwierdzeniem jego kunsztu aktorskiego. Z pewnością bowiem nie jest łatwo na nowo wcielić się w rolę do której odbiorcy wszelkiej maści literatury, teatru, kina i telewizji przyzwyczajeni są od prawie stu lat(tu w przypadku prozy Agathy Christie)! Adaptacji scenicznych, jak i samych ekranizacji przygód Herculesa Poirot było zbyt wiele(w zaledwie cztery lata po ukazaniu się czwartej powieści Agathy Christie o legendarnym detektywie, jej powieści trafiły na deski teatru, wówczas po raz pierwszy w 1928, w jego rolę wcielił się Charles Laverton w adaptacji The Murder of Roger Ackroyd) nie ma więc sensu analizować i porównywać ich wszystkich do najnowszej wersji jaką oferuje nam Brannagh. Warto jednak pamiętać ekranizację Murder on the Orient Express w reżyserii Sidney Lumeta(12 Angry Man) z roku 1974 gdzie w rolę Poirot wcielił się fenomenalnie Albert Finney. Właśnie wtedy światowa publiczność zaznajomiła się lepiej z postacią detektywa, którą później bardzo skrupulatnie grał w serialu Poirot(1989-2013) ukochany przez wszystkich David Suchet.
Warto także cofnąć się do pierwowzoru literackiego i wspomnieć o jakże istotnym dla Murder on the Orient Express fakcie: w zakończeniu swojej powieści z 1934 Agatha Christie wywróciła ówcześnie panujące standardy powieści kryminalnej do góry nogami, szokując i wytyczając dla niej zupełnie nowe trendy. Dla kinomanów, którzy nie czytali powieść, zakończenie ekranizacji Pana Branagha może być mało efektowne, aczkolwiek z pewnością zaskakujące. Dla tych, którzy powieść czytali, zakończenie jakie oferuje nam reżyser jeszcze bardziej podkręca to co wcześniej osiągnęła Pani Christie w literackiej postaci.
O co tutaj jednak chodzi? Otóż w cudownym jak na swoje czasy Orient Express ginie jeden z pasażerów. Pech chciał, że pociągiem podróżował również sławny detektyw Hercules Poirot(Kenneth Branagh), który na prośbę swojego przyjaciela rozpoczyna śledztwo w celu ujęcia mordercy. A dalej… cóż. To dochodzenie każdy musi z Poirotem przeprowadzić osobiście.



Tyle z lekcji historii i wprowadzenia, gdyż Belgijski śledczy w ujęciu Branagha musiał przejść swoistą przemianę(i nie chodzi tu wyłącznie o mocno przerysowane w stosunku do jego wcześniejszych wersji, wąsy). Podobną przemianę musiało przejść także zakończenie jego opowiadania. Czemu? Sam reżyser i odtwórca głównej roli tłumaczy to w ten sposób: W świecie, w którym ludzie dzielą współodpowiedzialność za zbrodnie musisz zacząć myśleć nieco inaczej i zmieniać pewne fakty na potrzeby zręcznego opowiadania fabuły, lub knucia intrygi. I tak szybko jak zaczyna się to zmieniać, ludzie zastanawiają się, co jeszcze uległo zmianie? […] Wielu ludzi wyjdzie z kina zakłopotana, jeśli zbyt wcześnie zakrzyknęli, że wiedzą co się dzieje, lub stanie. Wiąże to również bezpośrednio z postacią samego Herculesa, który w jego wykonaniu staje się bardziej sprężysty i aktywny. Nie tylko „siada i myśli” [1], a działa. I to właśnie dzięki takiej postawie jego najnowszemu odtwórcy udaje się tchnąć więcej ducha i moralnej złożoności w postać niesamowitego detektywa. Według Branagha rodzaj dedukowania jakim kieruje się Poirot na końcu książki nie zadziałałby we współczesnej adaptacji filmowej: […] nie możesz po prostu powiedzieć: oto fakty. Nie w 2017 roku. Musisz zrozumieć co sam o tym sądzisz, co sam zamierzasz z tym zrobić. Ta decyzja reżysera i scenarzysty przełożyła się na ich zakończenie historii, którego nie znajdziemy w książce, a które aktualizuje w rewelacyjny sposób sens moralny literackiego pierwowzoru. Podkręcona wersja zakończenia powoduje również, że sam Poirot jawi nam się jako osoba moralnie absolutna, jak mówi Branagh: Potrzebujemy kogoś bardziej moralnie nienagannego niż my. Poirot mówi „Jest dobro, jest zło. Nie ma niczego pomiędzy”. I właśnie z tym problemem musi się zmierzyć. Musi sam zadecydować o tym, czy morderstwo może być przejawem sprawiedliwości.Rzecz jasna pojawia się tu parę subtelnych, humorystycznych akcentów wynikających choćby z dykcji Kennetha Branagh’a i natręctw jakie charakteryzują odgrywaną przez niego postać. Kenneth Branagh wziął sobie chyba jednak do serca radę jakiej Rosalinnd Hicks(córka Agathy Christie) udzieliła przed laty najbardziej znanemu odtwórcy roli legendarnego detektywa(Davido Suchet): Chcemy aby publiczność śmiała się razem z Poirotem wtedy kiedy to niezbędne, ale nigdy z niego samego. Dzięki temu sam Poirot pozostaje nadal ostoją spokoju i geniuszu, a gra aktorska Branagha staje się potężnym atutem całego przedsięwzięcia.



Kolejnym atutem jest tu także obsada: Judi Dench, Michelle Pfeiffer, Penelope Cruz, Willem Dafoe, Johnny Depp, Derek Jacobi. Ta lista jest dłuższa, ale wydaje mi się, że już te nazwiska mówią same za siebie. Oglądać tych wszystkich aktorów w świetnej formie i w tak cudownych rolach, to po prostu jakby Gwiazdka przyszła w tym roku nieco wcześniej! Nawet Pan Depp wysilił się tym razem, aby odbić się nieco od roli szalonego kapitana i przekonująco wcielić się w rolę ofiary.
Do tego klimatyczna, perfekcyjnie ilustrująca muzyka Patricka Doylea, który dzięki wcześniejszej współpracy z Branaghem mógł wypełnić jego obraz odpowiednimi do momentu dźwiękami. Film nakręcony został w formacie 70 mm, kojarzącym się z wielkimi produkcjami złotej ery Hollywood. W ciasnych przestrzeniach pociągu powoduje to rozszerzenie perspektywy co sprawia, że pomieszczenia są znacznie większe. Fantastyczne zdjęcia Harisa Zambarloukos’a wychwycają wszystkie majestatyczne ozdoby z jakimi spotykamy się w Orient Ekspresie. Film jest piękny nie tylko w warstwie technicznej(swoisty mariaż efektów cyfrowych i analogowych), ale także dzięki dopełniającym barokowy przepych minionej epoki wnętrzom, kostiumom i krajobrazom, z którymi zetkniemy się zanim nie ugrzęźniemy wraz mordercą nad przepaścią: nie ma ucieczki, wszyscy są podejrzani i zamknięci w odosobnionym od świata miejscu. Na całe szczęście jest z nami Hercules Poirot: prawdopodobnie największy detektyw na świecie…

Moja ocena: 6/6
Recenzję można przeczytać także na portalu Grabarz Polski


TYTUŁ: Stare grzechy rzucają długie cienie...Agatha Christie, Słonie mają dobrą pamięć, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2005
[1] Nie oznacza to, że oryginalny Poirot nie miał w sobie luzu. Wręcz przeciwnie, Agatha Christie poświęca w swojej książce cały rozdział na opisanie luźnej postawy detektywa w rozdziale „Poirot Sits Back and Thinks”.

środa, 29 listopada 2017

Amerykańscy Bogowie - pierwszy sezon. Mitologia w Czerwieni, Bieli i Błękicie



Podobnie jak jego wielki rodak, J.R.R. Tolkien[1] dla Anglików, tak Pan Neil Gaiman stworzył wyjątkowy zbiór mitologicznych opowieści dla Amerykanów. Ten wybitny pisarz zdaje sobie doskonale sprawę z tego jak ważne dla narodu są fundamentujące go mitologie i ich główne postaci: bogowie, bohaterowie, potwory. Nie chcąc, lub nie mogąc(wedle indywidualnego podejścia) ścigać się z twórcą Śródziemia, Gaiman postanowił podarować Amerykanom zbiór zupełnie nowych opowieści, w których ukrył najznamienitsze postaci zaczerpnięte z odwiecznych wierzeń wielu kultur całego świata. Te niezwykłe awatary, które zamieścił w swojej powieści odzwierciedlają w jego prozie doświadczenia imigrantów, którzy przybyli do Ameryki na przestrzeni wieków(jest to mieszanka kultur: nordyckiej, afrykańskiej, słowiańskiej, indyjskiej). Umożliwiły mu one wzbogacenie Amerykańskiej kultury oraz stworzenie jednej z najlepszych nowoczesnych(?) powieści fantasy, którą dziś możemy śmiało już nazwać kanoniczną i legendarną. American Gods, bo o tej pozycji mowa, to książka wydana w 2001 roku, która z miejsca doczekała się prestiżowych nagród jak Hugo i Nebula. Pozyskała Gaimanowi niezliczone rzesze fanów, oraz solidnie wstrząsnęła światem fantastyki. Przez pewien okres zastanawiano się nad jej ekranizacją, niestety za każdym razem dochodzono do wniosku, że film pełnometrażowy nie jest w stanie zmieścić bogactwa zawartego w powieści. Cóż, jeden film być może nie, ale zupełnie inaczej sprawa wygląda gdy pomyślimy o stworzeniu serialu. W ten sposób pomyśleli Panowie Bryan Fuller(Hannibal) i Michael Green(Kings), którzy po konsultacji z samym Neil’em Gaimanem(producent wykonawczy) postanowili zakasać rękawy i wziąć się do pracy. I tak oto doczekaliśmy się serialowej wersji kultowej powieści, która podobnie jak jej literacka odpowiedniczka wywołała niemało zamieszania, a także zawiesiła nieco wyżej poprzeczkę dla standardów produkcyjnych odnoszących się do dziedziny serialowej rozrywki.



Początek serii może podobnie jak pierwszy rozdział książki, odstraszyć mniej rozeznanych lub zwyczajnie niecierpliwych odbiorców. Jeśli nie zetknęliśmy się wcześniej z lekturą oryginału, nie mamy do końca pewności co właściwie oglądamy, ani z jakimi postaciami przyszło nam się zmierzyć. Podobnie jak główny bohater, Shadow Moon(Ricky Whittle) zostajemy znienacka wrzuceni w świat bogów i mitycznych stworów co powoduje niemałą konsternację. Twórcy postanowili oddać ten stan za pomocą luźno skaczącej linii narracyjnej, co powoduje, że zarówno główny bohater jak i widz stają się zagubieni, zszokowani, może nawet przerażeni nowymi realiami. Podsycają to sceny, w których, niczym w swoim poprzednim dziele(Hannibal), Bryan Fuller maluje obraz potokami krwi i urwanymi kończynami. Nasuwa to skojarzenia(choć nigdy do końca słuszne) z serialami takimi jak Game of Thrones, czy True Blood. Należy jednak pamiętać, że podobnie jak w Hannibal, estetyka masakry powoduje, że nie odbierzemy jej tak dosłownie jakbyśmy się tego spodziewali. Dla spragnionych wrażeń dodam, że jeśli sceny walk nie stają się tutaj rąbanką rodem z Westeros, to sceny seksu biją ekranizacje powieści Martina na głowe. Miejscami jest ostro, szokująco, a nawet nieco dziwnie i odpychająco, tak więc serial nie tylko lubi nas koić, ale także mocno szokować.
American Gods to z pewnością serial, który wymaga odpowiedniego przygotowania, podejścia i wiedzy, a także otwartości umysłu i dobrej pamięci. Wszystko to będzie nam niezbędne jeśli mamy zamiar objąć percepcyjnie aspekty narracyjne i estetyczne widowiska. W ostateczności jeśli chcemy przez to przebrnąć bez lektury książki Gaimana potrzeba nam będzie sporo cierpliwości, która zostanie sowicie nagrodzona. Mocno polecam jednak lekturę legendarnej powieści, gdyż dopiero świadomość tego co oglądamy umożliwia pełne zanurzenie się w ten świat. Świat, który skrywa pod powierzchnią odwieczną walkę o wiarę, jaka w przypadku istot chcących pozyskać, lub odzyskać swoich wyznawców staje się wyznacznikiem ich być, albo nie być[2].



Serialowa wersja American Gods, doskonale oddaje tygiel tematów, stylów i wpływów jakimi kierował się Neil Gaiman. Starzy bogowie są równie szaleni jak na kartkach książki, toczą ich choroby, płacą podatki, zaglądają do butelki i mają zupełnie ludzkie, przyziemne kłopoty. Nabierają rumieńców dzięki umiejętnie dobranej obsadzie, oraz wyrafinowanej estetyce całego show. Także elementy kluczowe jak starcie tradycji i nowoczesności czy nakładanie się brudu życia codziennego na elementy powiązane dotąd z tematyką sacrum nie dają tu o sobie zapomnieć. Kontrast i spór idei(intersów?) pcha nas nieubłaganie do starcia dwóch światów pośród których stara się nie zatracić Shadow. Całe przedsięwzięcie rozkręca się nieregularnie, podobnie jak nieregularny jest tutaj sposób opowiadania. Nie powoduje to jednak większych konfuzji. Jak wcześniej pisałem, nowicjusze za swoją cierpliwość zostaną wynagrodzeni. Można by napisać, że nawet wbrew swojej woli, gdyż serial poraża nas wirtuozerią wykonania i wciąga bez pamięci. Odczułem pewien niedosyt po zaledwie ośmiu odcinkach pierwszego sezonu, ale nie martwię się o kontynuację. Na pewno się jej doczekamy, tak więc Pan Fuller może spać spokojnie bo tym razem nikt nie odważy się zakrzyknąć, jak w przypadku serii Hannibal, że jest to dzieło przeestetyzowane(widocznie za oceanem widz jest nieco mniej wymagający, przynajmniej według decydentów z branży). Naturalnie American Gods nie jest widowiskiem dla każdego, ale z całą pewnością nikt się nim nie zawiedzie jeśli da mu szanse. Wystarczy tylko trochę wiary.

Moja ocena: 5/6
Recenzję można przeczytać także na portalu Grabarz Polski




[1] Tolkien uważał, że mitologia brytyjska jest bardzo uboga, a Śródziemie było jego próbą uczynienia jej równie atrakcyjną i bogatą jak mitologie grecka, egipska czy nordycka.
Humphrey Carpenter, Tolkien. Biografia, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2016
[2] Wiara to także nieodzowny element samej fantastyki. Dopiero kiedy obdarzymy świat stworzony przez autora pewną dozą zaufania w jego realia z naszej strony, będziemy mogli w pełni się nim delektować; w pełni przeżywać losy bohaterów i odczuwać otaczający nas świat. Wiara pomaga zatem zatrzeć granicę między światem rzeczywistym a tym, który daje nam autor i dopiero zacieranie tychże tworzy właściwą relację odbiorca-dzieło.

wtorek, 14 listopada 2017

Aronofsky - twórca i niszczyciel



„Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi…” jak mawiał Alfred Hitchcock. I tak właśnie zaczyna się Mother! Wielki pożar trawi wszystko co widzimy, aby po chwili ze świata w ogniu mógł wyłonić się ład; aby po chwili z końca mógł powstać dla nich nowy początek: Ona – Matka(Jennifer Lawrence), ostoja i idea, którą, On – Ojciec(Javier Bardem) i poeta karmi swoje zmysły. Mieszkają w domu, w który Ona wkłada całą swoją energię, zaś On niczym w twierdzy jej miłości i troski próbuje odnaleźć natchnienie dla swojej twórczości, w której piekle muszą oboje egzystować. To żyje pod powierzchnią ich związku, który zdaje się być spokojny, ułożony, idylliczny, tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę warunki w jakich ta mistyczna para funkcjonuje. Nie da się jednak ukryć, że jak dla większości poetów mających nieść słowo całej ludzkości, także jego twórczość to żarłoczna, niewdzięczna otchłań. Czasem piękna, czasem słuszna, ale przeważnie nienasycona pożądaniem wysłuchania i uwielbienia; chęcią dotarcia do wszystkich. Skierowana do ludzi, ale w swojej istocie odległa od człowieczeństwa, goniąca niedościgniony ideał. Ten zastany domowy mir zakłóca wizyta nieznajomego, która podobnie jak wiele innych sytuacji w świecie jaki obserwujemy jest zapowiedzią czegoś większego, czegoś co zaczyna drażnić nie tylko Ją, ale i widza. Przestajemy być biernymi odbiorcami, zaczynamy przeżywać Jej niepewność i starania o wyrwanie dla siebie części Jego uwagi. Od człowieka do człowieka, od słowa do słowa, dochodzi wreszcie do pierwszego wstrząsu kończącego się brutalnym zabójstwem dokonanym przez brata, na bracie(motywy biblijne są tutaj bardzo wyraźne, ale nie dajcie się zwieść, to nie wszystko!). Spirala zdarzeń nakręca się, eskaluje i napina w hipnotycznym transie w jaki swoim opowiadaniem, ukierunkowanym na tłumaczenie wątków będących ciągłym rozwinięciem głównego założenia, wprowadza nas Pan Aronofsky. Tej hermeneutyki nie znajdziemy tutaj jednak zbyt wiele więc musimy wysilić swoje zmysły i z charakterystycznym dla prowadzonego tu suspensu niepokojem oczekiwać na rozwój wydarzeń. Jest ona nastawiona głównie na wspieranie głównego wątku i realizacji jego pomysłu.
Mother! to, jak słusznie zauważył A. O. Scott: Boska Komedia odziana w thriller psychologiczny. Najwyższych lotów – dodam od siebie. Dzięki wieloletniej współpracy Aranofsky’ego(scenariusz i reżyseria), Matthew Libatique’a(zdjęcia) i Andrew Weisblum’a(montaż), otrzymujemy niepowtarzalną ucztę kinową, która zapada w pamięć na długo po zakończonej projekcji. To dzieło intensywne, niepokojące i jak przystało na jego głównego twórcę, prowokujące. Zmusza do myślenia i zostawia po sobie trwałe piętno na każdym kto je obejrzy. Motorem napędowym fabuły jest eskalacja szaleństwa i degradacji, które są odpowiednikami kondycji ludzkości. Eksplorujemy je niczym kolejne kręgi piekła. Choć może lepiej byłoby napisać, że spadamy w nie, gdyż widz nie jest tutaj całkowicie bezpieczny. Nie da się do końca uchronić choćby przed empatią dla postaci Matki. Z drugiej strony można to jednak czytać wyłącznie jako naszą(ludzką) ułomność, gdyż sama Matka nie może osiągnąć pełni człowieczeństwa. Jest Ona ideą, ikoną: nie ma możliwości bycia tak ludzką jak pozostali bohaterowie. To brzemię jakim reżyser obarcza postać Lawrence, która staje się przy okazji kluczem do zawartego w jego obrazie przekazu. Sam nie udziela nam jednakże konkretnych odpowiedzi, a jego przekaz czytam raczej jako ostrzeżenie lub zabawę konwencjami, niżeli prorokowanie czegokolwiek. Pan Aranofksy nie po raz pierwszy sięga po motywy biblijne, ale robi to ze znanym tylko sobie wyczuciem: bez kurczowego trzymania się doktryn. W jego najnowszym filmie widać wyraźnie wpływy Kubricka(przestrzeń i hierarchia postaci) czy Polańskiego(ten film to swojego rodzaju parafraza Rosemary’s Baby), motywy biblijne, literackie(Dante), a także inspiracje włoskim malarstwem renesansowym(kontrasty jakimi rysuje postaci za pomocą światła). Są tu również pokłady humoru, jednak tak zręcznie zawoalowane i subtelnie przekazane, że prawdopodobnie nie dotrą do każdego. Czerpią one swoją energię ze wspomnianej już eskalacji szaleństwa i kilku ledwo namacalnych scen opierających się na komizmie sytuacyjnym(rzadziej werbalnym, gdyż reżyser nie nauczył się jeszcze dystansu do słowa w swoich dziełach).
Obawiam się, że ten niecodzienny spektakl wypełniony znaczeniami i obrazami, często niezwykle sugestywnymi i mocnymi, może zostać źle odebrany w naszym kraju. Jednakże wyłącznie osoba ograniczona poglądowo dojdzie do(w tym wypadku absurdalnie niesłusznego) wniosku, że może to być film obrazoburczy, potępiający czy przeczący pewnym odwiecznym wartością, na przykład religijnym. Piszę „na przykład” gdyż w cale nie o to musi tutaj chodzić, pomimo bardzo silnych cech obrazu o tym świadczących. Osobiście wolę skupić się na wartościach epistemologicznych i sygnalizacyjnych, a przede wszystkim estetycznych, bo to właśnie one budują piękno filmu Darrena Aranofsky’ego.

Ocena: 6/6
Recenzję można przeczytać także na portalu Grabarz Polski