wtorek, 17 listopada 2015

Widmo Jamesa Bonda



            Nigdy nie sądziłem, że o filmie-marce, jaką z całą pewnością jest stworzony w 1953 roku przez Iana Fleminga agent specjalny James Bond, napiszę źle. Nie podejrzewałem również, że ktoś może być na tyle nieodpowiedzialny żeby taką serię zniszczyć. A jednak. Stało się. To chyba pierwsza recenzja jaką piszę z naprawdę ciężkim sercem. To jakby wydać wyrok na przyjaciela, ale cóż… skoro 007 posiada licencję na zabijanie, to ja sięgnę po swoją, na pisanie prawdy.
W Spectre(2015) skończyły się pomysły, sugestie i scenariusze, zaczęło[1] się wydziwianie, psucie konwencji i absurdalne zmienianie na siłę czegoś co samo w sobie jest idealne i skończone(jeśli chodzi o pewne formalne, obowiązkowe elementy, które wiążą się z postacią Bonda[2]). Naturalnie seria ma na koncie swoje słabsze odsłony o czym świadczą przychody z filmów z udziałem George’a Lezenby czy Timothy’ego Daltona, ale przecież Daniel Craig zbudował już sobie świetną pozycję jako Agent 007 i moim zdaniem przekonał widzów do siebie. Tym bardziej dziwi miałkość jego najnowszej aktorskiej kreacji[3]. Do tej pory udawało mu się pokazać Bonda w jego prywatnym, wyjątkowym wykonaniu. Podkreślił to najwidoczniej w Skyfall(2013) gdzie jego Bond został poniekąd zdemaskowany i sprezentowany widzowi z perspektywy niebywale dotąd bliskiej - to demaskowanie i odsłanianie ludzkich cech agenta rozpoczęło się oczywiście od pierwszego występu Craiga w Casino Royale(2006). To było do przyjęcia bez większych wątpliwości, ale czy wyobrażacie sobie, że film o 007 może być nudny? Cóż, jeśli nie, to zapraszam do kin. Ostrzegam jednak, że możecie doznać sporego szoku, lub w najlepszym wypadku zawodu.
            To za co należy pochwalić Spectre to solidnie zmontowane sceny walki i pościgów. Choć to marna pochwała, bo po tej serii oczekujemy tego w naturalny sposób. Do tych nielicznych zalet można zaliczyć jeszcze muzykę w wykonaniu Thomasa Newmana oraz piosenkę otwierającą, którą zaśpiewał Sam Smith, a do której przekonałem się, ale nie od samego początku. Dopiero analizując ją sobie w domu zwróciłem uwagę, że w sumie pasuje do całości obrazu. Nie jest to znów poziom Adele, ale jest do przyjęcia i ma szansę coś sobą ugrać. Naprawdę nie ma tutaj wiele więcej(choć tutaj podkreślę, że to oczywiście subiektywna opinia). Po prostu solidnie zrobiony film. Kolejna ładna, lecz niestety pusta szkatułka.
Potencjał aktorski był zaprawdę niesamowity, ale niestety zawiodłem się na całej linii i miałem nieodparte wrażenie jakby Bellucci i Waltz pokazali się w Bondzie tylko na zasadzie zdobycia fejmu, czy pstryknięcia sweet foci w fajnym miejscu. Katastrofalne marnotrawstwo wielkich nazwisk, ale kogo to obchodzi – widz dla nich pójdzie do kina, więc film zarobi swoje[4].
            Wracając do klasycznej konwencji, o której pisałem: w Spectre znajdziemy bez problemów te stałe fragmenty układanki, lecz nie stworzymy z nich pełnego, zadowalającego nas obrazu. Wszystkiego jest zwyczajnie za mało. Miałem wrażenie jakby cały film był robiony na przysłowiowe „pół gwizdka”. Pytanie, komu się nie chciało zrobić tego jak należy?



Idąc za tropem tytułu można stwierdzić, że kreacja postaci, pomysł scenariusza i jego przeniesienie na ekran dają jedynie cień, widmo tego za co kochamy świat Jamesa Bonda. Mało, że obraz jest przeciągnięty(senne, sentymentalne scenki z życia, które miały chyba na celu oddanie głębi postaci – całkowicie nieodczuwalne i chybione zabiegi), to rozwiązania jakie serwuje się nam w momentach napięcia są dziecinne, naiwne i daleko odstające od oczekiwanego poziomu. Po Skyfall każdy widz miał prawo domagać się czegoś spektakularnego, tymczasem otrzymaliśmy film do bólu przewidywalny, przeciętny i gubiący ducha całej serii. Zakończenie przybiło ostatni gwóźdź do trumny, ale o tym musicie się już sami przekonać. Od siebie dodam tylko, że było to po prostu niedopuszczalne i może się obronić jedynie jeśli ten 24 film ma być ostatnim, ale na to nie ma najmniejszych szans. Można zatem liczyć jedynie na to żeby kolejne filmy z Agentem 007 wróciły honor serii i dobre imię Jamesa Bonda.

Ocena: 2/6




[1] Zaczęło się dokładnie przy produkcji filmu Casino Royale(2006), kiedy to postanowiono de novo spisać biografię Jamesa Bonda.
[2] Pewnymi stałymi elementami w przygodach Bonda są oczywiście jego kobiety, samochody, drinki oraz nierozerwalny mariaż ze śmiercią . Do tego można zaliczyć jeszcze specyficzne poczucie humoru oraz jego wrogów i sojuszników, którzy również są w pewien sposób niezmienni. To wszystko buduje postać Agenta 007 nie tylko jako super szpiega, ale jako marki, symbolu, czegoś w rodzaju super bohatera. Tych elementów zwyczajnie nie wolno zmieniać, bo to właśnie je pokochali widzowie wiernie śledzący przygody Bonda.
[3] Szok jest tym większy, że osobiście uważam Skyfall(2012) za najlepszą w historii część Bonda(rekordowy przychód 1 108 561 008 $) – paradoksalnie poprzez zagranie odwróconą(ale jednak konsekwentną wobec klasycznej)konwencją.
[4] Ostatnimi czasy wydaje mi się, że coraz więcej produkcji bazuje na takim niskim poszanowaniu inteligencji widza i jego przyzwyczajeń. Niewybaczalne.

sobota, 10 października 2015

Vampire happens...



            What we do in the shadows opiera się na formie swobodnego reality-show. Już na początku filmu jesteśmy informowani, że będziemy mieć do czynienia z formą dokumentu. Wraz z ekipą telewizyjną wkraczamy do domu czwórki charakterystycznych, różnych od siebie, bohaterów, którzy są wampirami. Nie ma się jednak czego obawiać bowiem chronią nas krzyże i zapewnienia gospodarzy o naszym bezpieczeństwie – szaleństwo? Może, ale czego się nie robi żeby zdobyć dobry materiał. Tym bardziej, że nie co dzień ma się okazję spotkać skorego do rozmowy i wyjawienia swych sekretów wampira. W ten sympatyczny i niecodzienny sposób poznajemy grupę żyjących, a może lepiej napisać zwyczajnie, mieszkających razem amatorów ludzkiej krwi: Deacona[1], 183 lata(Jonathan Brugh); Viago[2], 379 lat(Taika Waititi); Vladislava[3], 862 lata(Jemaine Clement) i Petyra[4], bagatela ok. 8000 lat(Ben Fransham). Nic nadzwyczajnego dla współczesnego widza jakby się mogło wydawać. Nadzwyczajne w tym wszystkim jest jednak zestawienie bohaterów i umieszczenie ich w jednym miejscu, wspólnie zmagających się z problemami codzienności.
Chłopaki, choć są zupełnie z innych bajek, mają najzupełniej poważne, ludzkie problemy jak na przykład: kto ma zmywać zakrwawione naczynia, jak się ubrać skoro nie ma się odbicia w lustrze, kto powinien wycierać kurz i sprzątać tru… to znaczy to co zostało po gościach. Do tego dochodzą oczywiście rozterki związane z ich jestestwem, a więc w jaki sposób uśmiercać swoje ofiary, jak socjalizować się z ludźmi lub na przykład problem ghouli[5], które potrafią być dla swoich wampirzych panów równie przydatne co kołek w sercu. Więcej na ten temat jednak pisał nie będę, bo po prostu trzeba te komiczne zmagania obejrzeć na własne oczy, a sam film jest ich pełen. Bardzo fajne jest w tym wszystkim to, że pomimo komediowego podejścia do sprawy, wampirom jako takim niczego się nie ujmuje. Nadal potrafią być przerażające. To spora sztuka pokazać postaci z horrorów, w komedii i to w taki sposób. Trzeba zatem przyznać, że cechą charakterystyczną tego filmu jest nie tylko to, że bardzo dobrze wyczerpuje wątki związane z wampirami, ale również bardzo umiejętnie nimi operuje. Nie ma w tym wszystkim przesady i chyba właśnie ten balans formą i treścią jaki opanowali twórcy pozwala na pełnię radości z oglądanego obrazu.
            Ten niezwykły film mieści w sobie niemal wszystkie stałe, powtarzalne elementy związane z wampirami, zarówno pod względem ich literackich jak filmowych wyobrażeń. Mamy więc całą procesję stereotypów, domysłów i wierzeń, które łączą się z postacią wampira na przestrzeni wieków. Nasi bohaterowie potrafią latać, nie mają swojego odbicia w lustrze, mogą wpływać na ludzkie umysły, zmieniać formę, a ich odwiecznymi wrogami są łowcy(w tym wypadku rzecz jasna niezbyt rozgarnięci) i oczywiście wilkołaki. Żeby tego było mało każdy z wampirów, których losy śledzimy, odzwierciedla w pewien sposób ducha czasów, w których narodził się na nowo jako nieśmiertelny krwiopijca. Zróżnicowanie postaci dodatkowo podkreśla ich wyjątkowość i podejście do problemów z jakimi wspólnie się zmagają. Nie zabrakło niczego. Na te, silnie utrwalone w kulturze elementy, twórcy filmu nakładają problemy rzeczywistości. Problemy, które dla każdego z żyjących są oczywiste do tego stopnia, że stanowią rutynę dnia powszedniego. Dla wampirów jednak to nie takie proste i to na tym kontraście w dużej mierze bazuje humor w filmie. To trochę tak jakby Dracula obudził się dziś, rozejrzał dookoła i nie mogąc rozpoznać świata w którym się ocknął, zapytał: jak mam żyć… albo może lepiej, nie żyć? Budowany na mocnym fundamencie komizm sytuacyjny i dialogowy jest najsilniejszą stroną obrazu What do we do in the shadows. Sprawia, że widz lepiej identyfikuje się z bohaterami, ale również tłumaczy oraz uzasadnia powtórzenie, z którym w przypadku filmów o wampirach mamy tak często do czynienia – wampir kontra świat w którym przyszło mu egzystować.
            Konsekwentna, choć miejscami nieco uboga(wilkołaki) charakteryzacja, oraz klimatyczne scenografie pozwalają wczuć się w niewidzialny dla żyjących świat nieumarłych, który koegzystuje i rządzi się swoimi prawami, niezauważony, tuż pod naszymi nosami.



Panowie Clement i Waititi poradzili sobie rewelacyjnie w każdej kwestii związanej z obrazem. Żeby tego było mało zaangażowali się w produkcję na całego łącząc rolę reżyserów, scenarzystów i głównych bohaterów filmu w jedno na swoich przykładach. Będę mile zaskoczony jeśli ktoś w przyszłości nakręci podobny obraz z tej kategorii, równie gustowny i zrównoważony, pozwalający wejść w skórę wampira w naszych czasach. What we do in the shadows wyczerpuje bowiem temat do tego stopnia, że kolejnym filmowcom biorącym się za tego typu próby będzie bardzo ciężko przebić dzieło nowozelandzkich artystów. Film gorąco polecam nie tylko fanom horrorów, ale każdemu kto lubi się dobrze pośmiać.

Ocena: 4/6





[1] W postaci Deacona możnaby dopatrywać się serialowych odpowiedników młodych, rozzuchwalonych przedstawicieli wampirzego gatunku. Podciągnąłbym pod to również Zmierzch, ale chyba nawet Clement i Waititi uznali, że to zbyt banalne do parodiowania.
[2] Pamiętacie Wywiad z wampirem i książki Anne Rice? Viago na swoim przykładzie doskonale oddaje ich przesłanie. Naturalnie tak, jak pozostali jego „koledzy po fachu”, w krzywym zwierciadle.
[3] Karykatura hrabiego Draculi ze wszystkimi jego wadami i zaletami, które możemy znaleźć zarówno w dziele Stokera, jak i w jego późniejszych filmowych adaptacjach.
[4] Chyba najlepiej ucharakteryzowany wampir ze wszystkich. Od razu nasuwa się skojarzenie z Hrabią Orlokiem z Nosferatu Symfonia Grozy.
[5] Oczko w stronę gier fabularnych związanych ze światem wampirów. Podobnie jak w Vampire: The Masuerade nasi bohaterowie(w tym przypadku Vladislav) posiadają swoich ludzkich sługusów, którzy jeśli będą im posłuszni zostaną przemienieni w wampiry. Ta konwencja również została w filmie doskonale skarykaturowana.

czwartek, 8 października 2015

6 FESTIWAL KAMERA AKCJA WYSTARTOWAŁ



W tym roku postanowiłem spróbować kilku wolontariatów, aby móc po wszystkim porównać sobie dobre i złe różnice jakie je charakteryzują. Jak dotąd Biennale Sztuki Mediów 2015 TEST EXPOSURE we Wrocławiu (po raz drugi z resztą) zostawia w mojej pamięci i sercu szczególnie dobre wrażenia, ale dziś miałem okazję brać udział w przygotowaniach do festiwalu Kamera Akcja. Zapowiada się naprawdę dobra zabawa. Świetna atmosfera i sympatyczni ludzie. Do tego znakomicie goście i mnóstwo filmów, których bez tego festiwalu pewnie jeszcze długo bym nie obejrzał. Zachęcam więc wszystkich do przyjścia i poczucia filmowej atmosfery naszego miasta na żywo. Nie traćcie czasu, nie wahajcie się, po prostu przybywajcie na 6 Festiwal Kamera Akcja! Czekamy na Was! :-)


Po festiwalu postaram się napisać co nieco o swoich przeżyciach w związku z całym wydarzeniem. Jestem jednak po dzisiejszym dniu przekonany, że źle nie będzie.


Strona festiwalu w internecie: http://kameraakcja.com.pl/ 
Strona festiwalu na Facebook: https://www.facebook.com/kameraakcja?fref=ts 

ZAPRASZAMY

wtorek, 6 października 2015

Jesus Christ Superstar w Łódzkich plenerach



            O legendarnej rock operze napisano teoretycznie już chyba wszystko, dlatego nie będę powtarzał encyklopedycznych informacji, które każdy z Was może bez problemu znaleźć. Skreślę za to kilka słów na temat mojego własnego odbioru widowiska i naturalnie polecę je Wam do jak najszybszego obejrzenia. Będziecie mieli tę możliwość w najbliższym czasie, gdyż Jesus Christ Superstar będzie wystawiana ponownie na deskach Teatru Muzycznego w Łodzi w dniach 9-11 października. Tego po prostu nie możecie przegapić!



            Po pierwsze sztuka oglądana na żywo robi nieporównywalnie większe wrażenie do filmu Jewisona z 1973 roku. Nawet odgrywana w Łódzkich plenerach, w pasażu Schillera, rzucała na kolana. Ujmę to tak: po obejrzeniem tej sztuki na żywo, film, który być może jak ja widzieliście przed jej obejrzeniem, po prostu znika z pamięci. Bądźcie zatem gotowi na ucztę wrażeń jaką z całą pewnością zafunduje wam kunszt aktorów i widowiskowość samego przedsięwzięcia, które na deskach teatru będzie wyglądało zapewne jeszcze lepiej. W przypadku spektaklu na żywo również siła oddziaływania na widzów jest o wiele większa. Odsłony jaką Łodzianie mili okazję oglądać pamiętnego 2 października, nie powstydziłby się nawet Broadway. Nie umniejszając temu co widziałem, mogę sobie tylko wyobrażać jak cudownie musi to wyglądać za oceanem…
Uniwersalność Jesus Christ Superstar i forma w jakiej opowiada się nam o ostatnim tygodniu z życia Chrystusa, sprawdza się nieprzerwanie od wielu lat. Ta historia podczas wspólnego oglądania po prostu łączy pokolenia. Forma nie tylko wzmacnia ten związek, ale sprawia, że opowiadanie staje się atrakcyjne i co najważniejsze, zrozumiałe dla każdego. Stojąc tam i przyglądając się temu, z niekrytym zachwytem, pomyślałem sobie, że ludzie chętniej słuchaliby opowieści z Pisma Świętego, gdyby podać im je w takiej właśnie formie.



            Największe wrażenie zrobiły na mnie wejścia Jezusa i Judasza, oraz spokojne wystąpienia Marii Magdaleny. Z pewnością nie zapomnicie również fragmentu z Herodem, oraz słynnych Jesus Must Die i Superstar. Chwała należy się zaprawdę WSZYSTKIM aktorom, którzy energicznie, z niesamowitym zaangażowaniem i uczuciem odegrali swoje role. Potwierdza to fakt, że publiczność nie dała im spokojnie przechodzić od sceny do sceny i musieli oni zawsze chwilę czekać na ucichnięcie braw – zasłużonych naturalnie za każdym razem. Dodatkowym faktem przemawiającym za świetnością Polskiej wersji jest to, że została ona nagrodzona Złotą Maską za najlepsze role wokalno-aktorskie w minionym sezonie.
Na koniec, przy okazji tego tekstu pragnę podziękować Teatrowi Muzycznemu w Łodzi, oraz Łódzkiemu Centrum Wydarzeń. Był to pierwszy plenerowy spektakl, który obie instytucje zrealizowały wspólnie i mam nadzieję, że ten mariaż będzie rozwijał się w dalszym ciągu zapewniając Łodzianom podobne, cudowne, niezapomniane przeżycia. Dobra robota i zarazem piękne otwarcie sezonu dla Teatru Muzycznego.




Wszystkich natomiast gorąco zachęcam do obejrzenia rock opery Jesus Christ Superstar na żywo. Prawdziwym grzechem byłoby to przegapić…

poniedziałek, 21 września 2015

Mission: Possible



Dla wszystkich fanów Mission: Impossible niestety nie będę miał dobrych wieści. Seria upada! Może nie z wielkim hukiem, bo akurat najnowsza odsłona przygód agentów IMF daje się oglądać z niekrytą przyjemnością, to jednak coś tu jest nie tak. Rogue Nation, okazuje się bowiem być wydmuszką, której brak polotu poprzedniczek(pomijając w tym korowodzie może wyłącznie trzecią część, której nie dało się już bardziej spartolić). Po seansie byłem co prawda usatysfakcjonowany, bawiłem się na tym filmie nieźle, ale szybko przyszło mi na myśl, że bawiłbym się jeszcze lepiej gdybym mógł wyłączyć myślenie, lub chociaż obejrzeć ten film będąc o jakieś dwadzieścia lat młodszym. Może wówczas dałbym się bardziej nabrać na absurdy jakie widziałem na ekranie, a które dorosłemu człowiekowi zwyczajnie odbiorą radość z oglądania filmu. Tak więc, już na wstępie, muszę zaznaczyć, że Mission: Impossible – Rogue Nation, to atrakcyjna i miła oku wydmuszka kina szpiegowskiego, którego tutaj zabrakło i to na boleśnie dużą jak dla tak znamiennej serii skalę.
Tym co najbardziej przykuwa uwagę są heroiczne wręcz popisy Cruise’a, które zasługują na wielkie brawa. Nie da się ukryć. Po raz kolejny złote dziecko Hollywoodu nie zawiodło publiczności i pokazało, że nie da się go łatwo zastąpić ani przez podstawionych kaskaderów, ani tym bardziej przez tak bardzo gaszone ostatnimi czasy CGI. To bez wątpienia mocna strona filmu, która sprawia, że widzowi skacze adrenalina, a samemu obrazowi oglądalność i to w najlepszym tego słowa znaczeniu. Opiewają to wszyscy krytycy i recenzenci robiąc z tego faktu niebywałe halo. Halo! Cruise zawsze wolał sam wykonywać popisy kaskaderskie niczym Jackie, więc czym się tutaj podniecać? Normalka, chciałoby się powiedzieć. Wielka szkoda, że ta największa zaleta najnowszej odsłony Mission: Impossible wydaje się być jedyną zaletą po bliższym przyjrzeniu się faktom.



Nie zabrakło w filmie standardowych elementów, które zapoczątkowała pierwsza, a na dobre wpisała w serię druga część Mission: Impossible. Te charakterystyczne, powtórzone elementy grają naturalnie na korzyść filmu. Szczegół, który obciążą tę część, to sposób w jaki te elementy zostały uchwycone w najnowszej przygodzie Ethana Hunta. Mamy więc: wartką i dobrze prowadzoną (zarówno z uwagi na fabułę jak pracę kamer) akcję obfitującą w wybuchy i popisy kaskaderskie – naprawdę przyjemnie się na to patrzy; rozładowujący, znikome niestety, napięcie humor sytuacyjny; czarującego Toma Cruise’a w towarzystwie przygłupich kumpli i pięknej dziewczyny; wielkiego złego, który niestety w tej części zupełnie moim zdaniem traci na atencji widza w miarę oglądania filmu – gość jest po prostu śmieszny i wygląda jak przerysowana wersja schwartz charakterów z komedii; no i oczywiście sekwencję rozpracowywania tytułowej „niewykonalnej misji”. Nie wiedzieć czemu, ale akurat na te sceny zawszę daję się nabrać. Poza tym po raz kolejny planowanie i omawianie jak ciężko jest się gdzieś dostać i ile przy tym trzeba obejść zabezpieczeń sprawia frajdę porównywalną do oglądania najnowszych odcinków Myth Busters(piszę to bez zbędnej ironii, poważnie).
O postaciach nawet nie chcę się rozpisywać, bo są okrutnie jałowe, a poza Cruisem nikt się tam niczym nie wyróżnia. Tom starał się chociaż reanimować film swoimi popisami, polot reszty można zrównać grą aktorską i wpisaną w film rolą do stołków kuchennych. Najgorsze, że to nawet nie wina aktorów, tylko tego jak ich postaci muszą się zachowywać w filmie. Scenariusz, ziemia, powietrze, hemoglobina? Przyczyn może być wiele. Przyjemnie ogląda się Rebecce Ferguson(Ilsa) czy Ving’a Rhamesa(weteran M:I już od pierwszej części grający Luthera), ale cała reszta stanowi tło, które z pewnością nie zapadnie nikomu na dłużej w pamięć.
Podsumowując tę część mojego wywodu, przedstawia się to tak, że widzimy pięknie pomalowaną wedle wcześniejszego wzorca skorupkę, która jednak w środku jest całkowicie pusta. Nie wiem czy starania twórców rozbiły się o chęć zarobienia na najmłodszych i dlatego film jest komicznie pacyfistyczny, czy może poszło o potrzebę podtrzymania gatunku(filmowego rzecz jasna, bo nie da się ukryć, że Mission: Impossible, to jednak ikona; szargana od kilku ładnych lat, ale jednak), ale otrzymujemy właśnie to: wydmuszkę. Miało być pięknie, wyszło przeciętnie i do bólu naiwnie.



W jednej ze scen Ethan mówi: Nie od razu Rzym zburzono. To powiedzenie wydało mi się o tyle zabawne, o ile odniosłem je raczej do tego co oglądałem niżeli do tego co mieli zamiar zrobić bohaterowie filmu. I choć nie jest to najgorsza część Mission: Impossible(za taką uważam część trzecią), a może nawet chętnie obejrzałbym ją ponownie gdy będę miał okazję, to na pewno nie jest to już ten sam poziom, który prezentowały sobą kinowe, pierwsza czy druga część przygód agenta IMF. Mocno irytująca staje się swoista, naiwna wręcz, „nieśmiertelność” bohaterów. Ethan Hunt zmienia się pomału z super agenta w super bohatera, któremu żaden typ obrażeń nie straszny i którego w żaden sposób nie można powstrzymać. Nie ima się go grawitacja ani ograniczenia, które zabiłyby nawet Jamesa Bonda. Jeśli już chcemy zbudować, bądź podtrzymać legendę, to proszę, róbmy to tak aby dorosły widz również mógł choć na chwilę w to uwierzyć i wstrzymać oddech. Do tego dochodzi nieznośna wręcz przewidywalność, która jest chyba najsłabszą, najbardziej rozczarowującą stroną filmu. Postaci wychodzą obronną ręką z każdej opresji, a czarny charakter, który pretenduje do wielkiej roli, zdaje się być nie lepszy w swoich knowaniach od pospolitego przestępcy, zdolnego co najwyżej ukraść niepostrzeżenie cukierka w supermarkecie. Przez dziwaczne rozwiązania, które wydały się po czasie wręcz kumulować w Rogue Nation, obraz częściej przyprawiał mnie o wybuch śmiechu, lub rozczarowujące westchnienie, niż nerwowe oczekiwanie na koniec którejkolwiek akcji. Po kilku takich wpadkach nie odczuwałem już żadnego napięcia, po prostu wiedziałem, że cokolwiek nie wymyślą i tak musi im się udać, choćby nie wiem jak niesamowity zwrot akcji nagle nastąpił. Niestety, jeden aktor i jego starania nie pociągną całego filmu. Nawet jeśli jest to taki słodziak jak Tom Cruise.
I tak oto Mission stał się całkowicie i w najgorszy możliwy sposób Possible.


Ocena: 3/6