czwartek, 31 grudnia 2015

Przebudzenie mocy nową nadzieją fanów Star Wars



            25 maja 1977 roku to data znamienna dla całej historii kinematografii, i to nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale jak sądzę na całym Świecie(choć może w nieco większym odstępie czasu). Oto bowiem w środę poprzedzającą święto Memorial, w Amerykańskich kinach zagościł film Star Wars[1]. Od tamtej pamiętnej premiery wszystko miało ulec zmianie. Nie będę się jednak rozpisywał o praźródłach kultowej sagi[2], ani o jej pierwotnym twórcy, cudownym dziecku Hollywood’u, które zmieniło oblicze kinematografii swoich czasów i pomogło w dużej mierze stanąć Fabryce Snów na nogi[3]. Pewne jest, że ludzie na wspomnianej premierze byli niewątpliwie świadkami pewnego rodzaju kinematograficznego cudu, przewrotu, rewolucji w postrzeganiu kina, lub jak ktokolwiek by tego nie nazwał po prostu czegoś jedynego w swoim rodzaju. Gdy później okazało się, że można to powtórzyć, rozwinąć i stworzyć z pojedynczego filmu całe uniwersum, o którym on opowiada świat oszalał. Pierwsza fala tego szaleństwa swoją kulminację osiągnęła w sześć lat po premierze czwartego epizodu, gdy w kinach ukazał się, mający kończyć całą historię epizod szósty Return of the Jedi. Do tego czasu Star Wars zyskało sobie tak ogromną liczbę fanów, że nawet w kilka lat po premierze ostatniej jakby się mogło wydawać części, popularność fascynującego uniwersum nie malała. Przechodziła ona na kolejne pokolenia fanów, którzy zaczynali zachodzić w głowę czy dane im będzie powrócić jeszcze do ukochanej galaktyki. I to nie tylko w książkach czy komiksach, ale w filmach[4]. Niezliczone tworzone przez fanów filmiki nie dawały rzecz jasna tego samego efektu, jaki Star Wars nadała ręka ich twórcy[5]. Wreszcie w roku 1997 LucasArts w celu uczczenia dwudziestolecia kultowej już wtedy trylogii wydało jej usprawnioną wizualnie edycję. Kina znów zatrzęsły się w posadach ponieważ rzesze fanów powiększyły się kilkukrotnie od roku 1977, a po premierach w 1997 miały zostać wzmocnione o nowe pokolenia miłośników odległej galaktyki – w tym choćby mój rocznik[6]. W niedługim okresie czasu rozeszło się, że Lucas planuje wielki powrót do swojej kosmicznej sagi, którą uzupełni o brakujące trzy epizody. Reżyser dotrzymał słowa, a plotki okazały się prawdą i tak oto w 1999 świat Star Wars wybuchnął na nowo z pełną mocą. Gry, komiksy, książki i cała otoczka Star Wars były na nowo dostępne na wyciągnięcie ręki, a co najważniejsze wraz z nową trylogią powróciły wszystkie elementy dawnego uroku Star Wars, zarówno pod względem estetycznym jak i marketingowym. Nie było to może to samo szaleństwo co po 1977, ale z pewnością wróciło życie w odległe zakątki galaktyki dając fanom możliwość ponownego przeżycia cudownej przygody. I nawet pomimo tego, że ostatni epizod „nowej trylogii” (jak przyjęło się mówić o częściach I-III), w dużej mierze zawiódł, to wierni fani nie odeszli od tego uniwersum i czekali…



            Wreszcie po długich szesnastu latach (licząc od premiery The Phantom Menace) doczekaliśmy się kolejnej części kosmicznej sagi. I to wszystko po szokującej informacji od samego Lucasa, który złożył już poniekąd broń i oddał swoje magiczne imperium w ręce Disneya.
The Force Awakens, było wyczekiwane przez widzów i fanów jak mało która premiera 2015 roku. Już na wstępie podkreślę, że ogromne nadzieje jakie były pokładane w tej nowej odsłonie Star Wars nie zawiodły, a obawy, które mieliśmy chyba wszyscy, zniknęły po premierze równie szybko jak flota Imperium po bitwie nad Endorem. J. J. Abrams uniósł ciężar jaki spoczął na jego barkach. Dzięki jego energicznemu stylowi kręcenia filmów, oraz nawykowi stwarzania ich według swojej wizji de novo[7](Star Trek; Mission Impossible) również Star Wars po wielu latach mogły ponownie nabrać rumieńców i stać się interesujące dla widzów. Nowe Star Wars to zupełnie świeża idea, stylizacja, można by powiedzieć, że to nowa jakość[8], której dał nam posmakować Abrams. Mam nadzieję, że to tylko próbka, a nie szczyt jego możliwości, lub kogokolwiek, kto zasiądzie na miejscu reżysera przy kolejnych epizodach.
Niektórych odrzuca fakt, że Disney zdecydował się zerwać z wcześniejszymi chronologiami i ustaleniami i budować uniwersum Star Wars zupełnie inaczej niż przewidywaliśmy po lekturach książek czy encyklopedii i podręczników[9]. Uważam, że dzięki temu uniwersum może rozwinąć się na nowo, nie tylko dla weteranów odległej galaktyki, ale przede wszystkim dla nowych poszukiwaczy kosmicznych przygód. Jest to naturalnie pewnego rodzaju policzek dla wszystkich, którzy zainwestowali ogromne fortuny we wszechświat Star Wars, jednak należy go przyjąć ze spokojem Jedi i poczekać na rozwój wypadków.
Pomimo nowej jakości jaką wprowadza Abrams znajdziemy naturalnie w epizodzie siódmym nawiązania, jak i rozwinięcia niektórych elementów z wcześniejszych części. Także o spójność całości nikt nie musi się martwić ponieważ zostało to połączone logicznie i w sposób w miarę płynny. Jedyne czego można się przyczepić w tej mierze jest wprowadzanie tych klasycznych elementów do nowego układu. Sokół Millenium, Han, Chewie i wiele innych mniejszych wątków i postaci zostaje w The Force Awakens wprowadzonych nieco na zasadzie deus ex machina. Rozumiem, że wiąże się to z tempem narzuconym na naszą filmową opowieść, ale przez to nie wyszło tak jakby tego oczekiwali twórcy – moim zdaniem. Zamiast zaskoczenia rodziło się we mnie raczej nieco zawiedzione przeczucie, że zrobiono to w dużej mierze na siłę.
To co mógł zauważyć każdy fan, to fakt, że epizod siódmy jest w ogromnej mierze wzorowany na epizodzie czwartym. W istocie plenery, akcje, postaci i ich wprowadzanie w odpowiednim czasie filmu, pojedynki, a nawet główna linia fabularna na której opiera się oś całości jest ogromną kalką New Hope. Generalnie The Force Awakens to dobrze wykonana kopia klasycznych Star Wars, podkreślam jednak – dobrze wykonana, bo w końcu jeśli już kogoś naśladować, to tylko najlepszych prawda? Abrams napompował galaktykę energią jakiej jej wcześniej brakowało. Zrobił to jednak nie bezmyślnie, ale z wyczuciem i ostrożnością jakiej brakowało już samemu Lucasowi przy kręceniu drugiego i trzeciego epizodu.
Część siódma w dodatku fenomenalnie przewraca o 180° pewne bardzo dobrze znane sceny z klasycznej trylogii[10]. Te proste zabiegi powodują bardzo przyjemne urozmaicenie – banalne, fakt, ale nie głupie, jak pospolite kalkowanie cudzych pomysłów.



            Nieco zaskoczyła mnie warstwa muzyczna. John Williams w tym wypadku stworzył muzykę o wiele spokojniejszą, cichszą zdawałoby się i mniej ilustrującą niż zazwyczaj[11]. Nie mam tego za złe, ale na pewno było to zaskoczenie. W ścieżce dźwiękowej The Force Awakens pojawiają się silne, klasyczne motywy, jak i zupełnie nowe brzmienia. Nie ma jednak w niej żadnego elementu, który by silnie zapadał w pamięć jak wcześniejszy Imperial March czy choćby Victory Celebration. Sprowadzam to jednak do faktu, że to dopiero pierwszy epizod nowej trylogii i musi się zwyczajnie rozkręcić[12].
            Dobór aktorów (poza tymi już doskonale nam znanymi rzecz jasna) był dość trafny, choć miałem nieodparte wrażenie, że nieco przegina się z ich brakiem doświadczenia i młodzieńczą naiwnością. W dodatku ich zachowania często były bardzo radykalnie skontrastowane. Czasem wydawało mi się, że postaci zachowują się przez chwile jak dzieci we mgle, by w następnej scenie podejść do problemu jak prawdziwi profesjonaliści. Coś w tej układance zwyczajnie bije w oczy. I tak dla przykładu rozbudzanie się mocy w Rey(Daisy Ridley) w wielu momentach wyglądało znów jak działanie spod znaku deus ex machina. Kylo Ren(Adam Driver) zachowywał się jak rozwydrzony bachor, a co najlepsze miał problemy w walce na miecze z Finn’em(John Boyega), który w siódmej części wydaje się pełnić rolę kultowego już i obśmianego ze wszech miar Jar Jar Binksa – nie, nie martwcie się Jar Jar nie pojawia się w tej części i nie jest lordem sithów J. Można to wszystko tłumaczyć młodym wiekiem wszystkich nowych głównych bohaterów, pamiętajmy jednak, że Luke też kiedyś zaczynał i w cale nie musiał z siebie robić głupka[13]. Wszystko to sprowadza się jednak do faktu, że nie mogę się doczekać kiedy ci bohaterowie nieco wydorośleją i stoczą prawdziwą walkę, a żywię ogromną nadzieję, że tak właśnie będzie.
            Star Wars The Force Awakens to jak już pisałem nowa jakość, w której dość zręcznie przemycono wiele klasycznych elementów, pielęgnując je i rozwijając; pozwalając im na nowo ożyć dla wszystkich fanów uniwersum Lucasa. Ten film to nowa nadzieja dla wszystkich, którzy chcieli wrócić do czasów swojego dzieciństwa i nie ukrywam, że w tej recenzji obiektywny zwyczajnie być nie mogę. Zawsze mawiam, że Star Wars, to tylko Star Wars, albo aż Star Wars. Niektórzy filmoznawcy twierdzą, że to tylko komercja, puste kino atrakcji, które ma za główny cel oskubać widza i napompować kiesy twórców. Być może w pewniej mierze tak jest, jednak nie wolno ulegać podobnym twierdzeniom ignorantów, którzy widocznie zapomnieli jak wiele mocy kulturotwórczej przyniosło ze sobą uniwersum Star Wars. Poza tym nie można obarczać twórców za ich sukces. Ludzie dobrowolnie chcieli tworzyć kolejne, własne opowieści, nawet jeśli Star Wars działa silnie uzależniająco. Pisali książki i kręcili krótkometrażowe filmy i animacje. Dla wielu film stał się prawdziwym dekalogiem zachowań jak i galerią ludzkich osobowości. To nie słowa fanatyka, ale uważnego obserwatora, który również przez wiele lat był i jest nadal częścią tego wszystkiego. Nowego epizodu czepiać się naturalnie będą niektórzy zatwardziali weterani starego porządku, lub zwyczajnie hejterzy, moim zdaniem należy jednak poczekać bo The Force Awakens będzie można finalnie ocenić dopiero po ukazaniu się kolejnego epizodu, a kto wie, czy nie dopiero wówczas gdy zbierzemy już pełną nową trylogię? Na dzień dzisiejszy otrzymaliśmy dzieło, które było warte oczekiwania i które wskrzesiło żywą dyskusję i zainteresowanie Star Wars. Kolejnych kilka lat w atmosferze domysłów, oczekiwania i kolekcjonowania nowinek rysuje się bardzo malowniczo. I tak jak młodym bohaterom, którzy godnie zastępują swoich wielkich poprzedników, tak Star Wars The Force Awakens należy dać czas na udowodnienie pewnych pokładanych w nim nadziei.

Ocena: 6/6

Na zakończenie tego roku chciałbym Wam wszystkim bardzo serdecznie podziękować za zaglądanie tutaj i czytanie moich recenzji. W nadchodzącym roku 2016 życzę Wam wszystkim kochani, zdrowia, szczęścia i spełnienia postanowień noworocznych! Szmpańskiej zabawy i niech moc będzie z Wami!

Recenzja ukazała się również w skróconej wersji na portalu Grabarz Polski





[1] Lucas spodziewał się zysków rzędu 16 milionów dolarów, ale film przerósł jego najśmielsze oczekiwania zarabiając już w osiem tygodni później sumę 54 milionów dolarów, a po pierwszym okresie dystrybucji kinowej, bagatela 125 milionów dolarów! Środę przed Memorial Day nazwano później Dniem George’a Lucasa.
[2] Jeśli Chcecie lepiej poznać klasyczną trylogię i wszystkie jej techniczne oraz realizatorskie niuanse, to gorąco polecam Wam książkę Olivera Denkera Gwiezdne Wojny. Jak powstawała kosmiczna trylogia. To naprawdę bezcenne źródło wszelkich informacji z planu przed, w trakcie oraz po zakończeniu zdjęć do każdego z klasycznych epizodów Star Wars.
[3] Lucas nie był oczywiście jedynym, który przyczynił się do ukształtowania New Hollywood. Należy pamiętać słowa Orsona Wellesa, który stwierdził, że Hollywood lat siedemdziesiątych to „starsza znerwicowana dama, koniecznie potrzebująca kogoś, kto by ją podtrzymywał”. Tym kimś mieli być młodzi reżyserzy, autorzy scenariuszy filmowych i realizatorzy, szkoleni dla Hollywood w amerykańskich akademiach filmowych. Drogę utorował im Easy Rider Dennisa Hooppera. Grupa, którą później okrzyknięto mianem New Hollywood, to przede wszystkim: Francis Ford Coppola (Deszczowi ludzie; Ojciec chrzestny), Paul Mazursky (Alicja w krainie czarów), Peter Bogdanovich (Ostatni seans filmowy), Bob Rafelson (Pięć łatwych kawałków), Steven Spielberg (Sugarland Express), Martin Scorsese (Mean Streets), John Milius (The Wind and the Lion), Terrence Malick (Badlands), Brian de Palma (Phantom of the Paradise), John Hancock (Bang the Drum Slowly), Michael Richie (Smile), i wreszcie George Lucas (American Graffiti).
Piszę o tym żeby silniej podkreślić zamieszanie jakie miało miejsce po premierze i przeliczeniu zysków z Gwiezdnych Wojen. Przemysł filmowy zaczął sobie zdawać sprawę, że na gadżetach i zabawkach również można zbić majątek, a co najważniejsze do lamusa odeszło przekonanie, że z filmem s-f nie można odnieść sukcesu. To było prawdziwe przewartościowanie systemowe w Hollywood.
[4] Wychodziły naturalnie telewizyjne i kinowe serie z Ewokami, rewie na lodzie, animacje i kreskówki etc., ale nie było to jednak to samo co pełnometrażowy film skupiony na nowych przygodach ulubionych bohaterów, lub po prostu rozwijający jakieś nowe tematy. Ukazywały się chronologie i opisy postaci, statków, planet, które w znacznym stopniu przyczyniły się do ugruntowania wiedzy i poszerzenia uniwersum Star Wars. Wszyscy jednak czekali na kolejny film ze stajni LucasArts. Tym bardziej, że trwał zagorzały wyścig między fanami Star Wars a Star Trek. Każdy chciał mieć swój film. Nowy film.
[5] Fan-movies w dużej mierze były napędzane przez ukazujące się z dużą częstotliwością gry komputerowe. Wprowadzały one na ekrany nowe postaci, lub nadawały filmowe życie tym o których mowa była w niezliczonej ilości literatury jaka ukazywała się pod marką Star Wars. Polscy fani również nie marnowali czasu. Pamiętam różne krótkie filmy nakręcone w klimatach Star Wars właśnie przez naszych rodaków. Jedne śmieszne, inne poważne. To doskonały dowód na to jak oryginalne filmy wpływały na ludzi – byli oni nie tylko biernymi widzami, chcieli mieć swój jak największy udział w świecie, który pokochali.
[6] Może gdybym jako pierwszy film obejrzał Star Trek moje myślenie dzisiaj byłoby zupełnie inne? Może wówczas studiowałbym nauki ścisłe, a nie humanistyczne? Kto wie? Jedno jest pewne, jako dziecko nie miałem najmniejszych szans żeby obronić się przed magią Star Wars, ale w cale tego nie żałuję. Te filmy pomogły mi ukształtować część siebie i za to je kocham. W cudowny sposób wpłynęły na dzieciństwo nie tylko moje, ale również moich najbliższych przyjaciół. Po tylu latach nadal udowadniają mi, że kino to istotnie forma magicznego wehikułu, który może nas w mgnieniu oka zabrać w najlepsze dla nas chwile.
[7] Żeby nie powtarzać tego co zostało już powiedziane, w dodatku nieco bardziej profesjonalnie niż bym mógł to sam ująć, polecę Wam film, który mówi nieco o tym w jaki sposób styl J. J. Abramsa mógł, i jak się okazało po premierze wpłynął, na nowe Star Wars
https://www.youtube.com/watch?v=fsp6fTtsey4
[8] Do tworzonego na nowo uniwersum Star Wars ma co roku dochodzić jeden film, który będzie opowiadał o wydarzeniach i postaciach z sagi. I tak oto mamy mieć możliwość śledzenia losów Dartha Vadera, Hana Solo czy choćby ekipy Rogue Squadron. Nie biorę tego wszystkiego za pewniak, bo wiem, że Disney może nas jeszcze zaskoczyć, ale skoro do tej pory dali radę, to zyskali moje zaufanie w tej kwestii. Pozostaje tylko cierpliwie czekać na nowe filmy, których tak bardzo nam wszystkim brakowało.
[9] Tym z Was, którzy mają podobne obawy przypomnę pewien spór jaki toczył się między Tolkienem i C. S. Lewisem. Otóż Tolkien(gorliwy katolik, mąż i ojciec) zdumiał się ogromnie gdy dowiedział się, że jego kolega po fachu w swojej książce umieścił na raz postaci pewnego Lwa, Czarownicy i Świętego Mikołaja, a na dodatek całą swoją fantastyczną opowieść okrasił wątkami religijnymi. Tolkien nie mógł pojąć jak można wypisywać podobne kalumnie i tak nadużywać wiary w Boga. Lewis odparł mu krótko: przypuśćmy, że. Ta odpowiedź po latach staje się nie tylko odpowiedzią na istnienie fantastyki, ale może być równie dobrą odpowiedzią na istnienie Boga. Bo przecież wiara, to również pewien zbiór domysłów i przypuszczalnych faktów, w które jeśli wierzymy, umacniają nas. Skoro Tolkien nie miał po tym nic do powiedzenia(a przyjął to jako dobrą odpowiedź), to ja również nie wątpię w podobne podejście do tematu. Przypuśćmy więc, że w odległej galaktyce jest miejsce na nowe, swobodnie się rozwijające uniwersum, które tchnie życie w jej skostniała strukturę i stanie się wartościową pożywką zarówno dla weteranów Star Wars, jak i dla zupełnie nowych zainteresowanych.
[10] Nie mogę chwilowo napisać dokładnie o jakie sceny chodzi, bo wiem, że część z Was jeszcze nie oglądała The Force Awakens i nie chciałbym zepsuć Wam zabawy. Dodam jednak wpis o tych ekranowych fikołkach pod koniec stycznia żeby nie zostać gołosłownym.
[11] Nikomu chyba nie trzeba przedstawiać tak wybitnego kompozytora muzyki filmowej jak Williams. W przypadku siódmej części Star Wars, artysta zdecydował się jednak na nieco inne rozwiązania. Muzyka nie jest już tak silnie podkreślona jak w pozostałych częściach. Jest mroczniejsza, spokojniejsza i przede wszystkim bardzo cicha. W niektórych scenach niemal niewykrywalna. Subtelnie prowadzi widza przez obraz, i nasyca go powodując napięcie.
[12] To się tyczy wielu elementów nowego filmu. Żywię nadzieję, że moje przeczucia są prawidłowe i ta chwilowa stagnacja niektórych elementów, lub ich zbyt wolny rozwój wynika wyłącznie z rozpędzania się fabuły i napięcia, jakie mają być rozłożone na trzy, a nie jeden film.
[13] Humor w części siódmej wraca do łask i znów nadaje rumieńców całości. Nie jest przesadzony, a niektóre zachowania postaci cudownie balansują na krawędzi śmiechu i powagi.

wtorek, 17 listopada 2015

Widmo Jamesa Bonda



            Nigdy nie sądziłem, że o filmie-marce, jaką z całą pewnością jest stworzony w 1953 roku przez Iana Fleminga agent specjalny James Bond, napiszę źle. Nie podejrzewałem również, że ktoś może być na tyle nieodpowiedzialny żeby taką serię zniszczyć. A jednak. Stało się. To chyba pierwsza recenzja jaką piszę z naprawdę ciężkim sercem. To jakby wydać wyrok na przyjaciela, ale cóż… skoro 007 posiada licencję na zabijanie, to ja sięgnę po swoją, na pisanie prawdy.
W Spectre(2015) skończyły się pomysły, sugestie i scenariusze, zaczęło[1] się wydziwianie, psucie konwencji i absurdalne zmienianie na siłę czegoś co samo w sobie jest idealne i skończone(jeśli chodzi o pewne formalne, obowiązkowe elementy, które wiążą się z postacią Bonda[2]). Naturalnie seria ma na koncie swoje słabsze odsłony o czym świadczą przychody z filmów z udziałem George’a Lezenby czy Timothy’ego Daltona, ale przecież Daniel Craig zbudował już sobie świetną pozycję jako Agent 007 i moim zdaniem przekonał widzów do siebie. Tym bardziej dziwi miałkość jego najnowszej aktorskiej kreacji[3]. Do tej pory udawało mu się pokazać Bonda w jego prywatnym, wyjątkowym wykonaniu. Podkreślił to najwidoczniej w Skyfall(2013) gdzie jego Bond został poniekąd zdemaskowany i sprezentowany widzowi z perspektywy niebywale dotąd bliskiej - to demaskowanie i odsłanianie ludzkich cech agenta rozpoczęło się oczywiście od pierwszego występu Craiga w Casino Royale(2006). To było do przyjęcia bez większych wątpliwości, ale czy wyobrażacie sobie, że film o 007 może być nudny? Cóż, jeśli nie, to zapraszam do kin. Ostrzegam jednak, że możecie doznać sporego szoku, lub w najlepszym wypadku zawodu.
            To za co należy pochwalić Spectre to solidnie zmontowane sceny walki i pościgów. Choć to marna pochwała, bo po tej serii oczekujemy tego w naturalny sposób. Do tych nielicznych zalet można zaliczyć jeszcze muzykę w wykonaniu Thomasa Newmana oraz piosenkę otwierającą, którą zaśpiewał Sam Smith, a do której przekonałem się, ale nie od samego początku. Dopiero analizując ją sobie w domu zwróciłem uwagę, że w sumie pasuje do całości obrazu. Nie jest to znów poziom Adele, ale jest do przyjęcia i ma szansę coś sobą ugrać. Naprawdę nie ma tutaj wiele więcej(choć tutaj podkreślę, że to oczywiście subiektywna opinia). Po prostu solidnie zrobiony film. Kolejna ładna, lecz niestety pusta szkatułka.
Potencjał aktorski był zaprawdę niesamowity, ale niestety zawiodłem się na całej linii i miałem nieodparte wrażenie jakby Bellucci i Waltz pokazali się w Bondzie tylko na zasadzie zdobycia fejmu, czy pstryknięcia sweet foci w fajnym miejscu. Katastrofalne marnotrawstwo wielkich nazwisk, ale kogo to obchodzi – widz dla nich pójdzie do kina, więc film zarobi swoje[4].
            Wracając do klasycznej konwencji, o której pisałem: w Spectre znajdziemy bez problemów te stałe fragmenty układanki, lecz nie stworzymy z nich pełnego, zadowalającego nas obrazu. Wszystkiego jest zwyczajnie za mało. Miałem wrażenie jakby cały film był robiony na przysłowiowe „pół gwizdka”. Pytanie, komu się nie chciało zrobić tego jak należy?



Idąc za tropem tytułu można stwierdzić, że kreacja postaci, pomysł scenariusza i jego przeniesienie na ekran dają jedynie cień, widmo tego za co kochamy świat Jamesa Bonda. Mało, że obraz jest przeciągnięty(senne, sentymentalne scenki z życia, które miały chyba na celu oddanie głębi postaci – całkowicie nieodczuwalne i chybione zabiegi), to rozwiązania jakie serwuje się nam w momentach napięcia są dziecinne, naiwne i daleko odstające od oczekiwanego poziomu. Po Skyfall każdy widz miał prawo domagać się czegoś spektakularnego, tymczasem otrzymaliśmy film do bólu przewidywalny, przeciętny i gubiący ducha całej serii. Zakończenie przybiło ostatni gwóźdź do trumny, ale o tym musicie się już sami przekonać. Od siebie dodam tylko, że było to po prostu niedopuszczalne i może się obronić jedynie jeśli ten 24 film ma być ostatnim, ale na to nie ma najmniejszych szans. Można zatem liczyć jedynie na to żeby kolejne filmy z Agentem 007 wróciły honor serii i dobre imię Jamesa Bonda.

Ocena: 2/6




[1] Zaczęło się dokładnie przy produkcji filmu Casino Royale(2006), kiedy to postanowiono de novo spisać biografię Jamesa Bonda.
[2] Pewnymi stałymi elementami w przygodach Bonda są oczywiście jego kobiety, samochody, drinki oraz nierozerwalny mariaż ze śmiercią . Do tego można zaliczyć jeszcze specyficzne poczucie humoru oraz jego wrogów i sojuszników, którzy również są w pewien sposób niezmienni. To wszystko buduje postać Agenta 007 nie tylko jako super szpiega, ale jako marki, symbolu, czegoś w rodzaju super bohatera. Tych elementów zwyczajnie nie wolno zmieniać, bo to właśnie je pokochali widzowie wiernie śledzący przygody Bonda.
[3] Szok jest tym większy, że osobiście uważam Skyfall(2012) za najlepszą w historii część Bonda(rekordowy przychód 1 108 561 008 $) – paradoksalnie poprzez zagranie odwróconą(ale jednak konsekwentną wobec klasycznej)konwencją.
[4] Ostatnimi czasy wydaje mi się, że coraz więcej produkcji bazuje na takim niskim poszanowaniu inteligencji widza i jego przyzwyczajeń. Niewybaczalne.

sobota, 10 października 2015

Vampire happens...



            What we do in the shadows opiera się na formie swobodnego reality-show. Już na początku filmu jesteśmy informowani, że będziemy mieć do czynienia z formą dokumentu. Wraz z ekipą telewizyjną wkraczamy do domu czwórki charakterystycznych, różnych od siebie, bohaterów, którzy są wampirami. Nie ma się jednak czego obawiać bowiem chronią nas krzyże i zapewnienia gospodarzy o naszym bezpieczeństwie – szaleństwo? Może, ale czego się nie robi żeby zdobyć dobry materiał. Tym bardziej, że nie co dzień ma się okazję spotkać skorego do rozmowy i wyjawienia swych sekretów wampira. W ten sympatyczny i niecodzienny sposób poznajemy grupę żyjących, a może lepiej napisać zwyczajnie, mieszkających razem amatorów ludzkiej krwi: Deacona[1], 183 lata(Jonathan Brugh); Viago[2], 379 lat(Taika Waititi); Vladislava[3], 862 lata(Jemaine Clement) i Petyra[4], bagatela ok. 8000 lat(Ben Fransham). Nic nadzwyczajnego dla współczesnego widza jakby się mogło wydawać. Nadzwyczajne w tym wszystkim jest jednak zestawienie bohaterów i umieszczenie ich w jednym miejscu, wspólnie zmagających się z problemami codzienności.
Chłopaki, choć są zupełnie z innych bajek, mają najzupełniej poważne, ludzkie problemy jak na przykład: kto ma zmywać zakrwawione naczynia, jak się ubrać skoro nie ma się odbicia w lustrze, kto powinien wycierać kurz i sprzątać tru… to znaczy to co zostało po gościach. Do tego dochodzą oczywiście rozterki związane z ich jestestwem, a więc w jaki sposób uśmiercać swoje ofiary, jak socjalizować się z ludźmi lub na przykład problem ghouli[5], które potrafią być dla swoich wampirzych panów równie przydatne co kołek w sercu. Więcej na ten temat jednak pisał nie będę, bo po prostu trzeba te komiczne zmagania obejrzeć na własne oczy, a sam film jest ich pełen. Bardzo fajne jest w tym wszystkim to, że pomimo komediowego podejścia do sprawy, wampirom jako takim niczego się nie ujmuje. Nadal potrafią być przerażające. To spora sztuka pokazać postaci z horrorów, w komedii i to w taki sposób. Trzeba zatem przyznać, że cechą charakterystyczną tego filmu jest nie tylko to, że bardzo dobrze wyczerpuje wątki związane z wampirami, ale również bardzo umiejętnie nimi operuje. Nie ma w tym wszystkim przesady i chyba właśnie ten balans formą i treścią jaki opanowali twórcy pozwala na pełnię radości z oglądanego obrazu.
            Ten niezwykły film mieści w sobie niemal wszystkie stałe, powtarzalne elementy związane z wampirami, zarówno pod względem ich literackich jak filmowych wyobrażeń. Mamy więc całą procesję stereotypów, domysłów i wierzeń, które łączą się z postacią wampira na przestrzeni wieków. Nasi bohaterowie potrafią latać, nie mają swojego odbicia w lustrze, mogą wpływać na ludzkie umysły, zmieniać formę, a ich odwiecznymi wrogami są łowcy(w tym wypadku rzecz jasna niezbyt rozgarnięci) i oczywiście wilkołaki. Żeby tego było mało każdy z wampirów, których losy śledzimy, odzwierciedla w pewien sposób ducha czasów, w których narodził się na nowo jako nieśmiertelny krwiopijca. Zróżnicowanie postaci dodatkowo podkreśla ich wyjątkowość i podejście do problemów z jakimi wspólnie się zmagają. Nie zabrakło niczego. Na te, silnie utrwalone w kulturze elementy, twórcy filmu nakładają problemy rzeczywistości. Problemy, które dla każdego z żyjących są oczywiste do tego stopnia, że stanowią rutynę dnia powszedniego. Dla wampirów jednak to nie takie proste i to na tym kontraście w dużej mierze bazuje humor w filmie. To trochę tak jakby Dracula obudził się dziś, rozejrzał dookoła i nie mogąc rozpoznać świata w którym się ocknął, zapytał: jak mam żyć… albo może lepiej, nie żyć? Budowany na mocnym fundamencie komizm sytuacyjny i dialogowy jest najsilniejszą stroną obrazu What do we do in the shadows. Sprawia, że widz lepiej identyfikuje się z bohaterami, ale również tłumaczy oraz uzasadnia powtórzenie, z którym w przypadku filmów o wampirach mamy tak często do czynienia – wampir kontra świat w którym przyszło mu egzystować.
            Konsekwentna, choć miejscami nieco uboga(wilkołaki) charakteryzacja, oraz klimatyczne scenografie pozwalają wczuć się w niewidzialny dla żyjących świat nieumarłych, który koegzystuje i rządzi się swoimi prawami, niezauważony, tuż pod naszymi nosami.



Panowie Clement i Waititi poradzili sobie rewelacyjnie w każdej kwestii związanej z obrazem. Żeby tego było mało zaangażowali się w produkcję na całego łącząc rolę reżyserów, scenarzystów i głównych bohaterów filmu w jedno na swoich przykładach. Będę mile zaskoczony jeśli ktoś w przyszłości nakręci podobny obraz z tej kategorii, równie gustowny i zrównoważony, pozwalający wejść w skórę wampira w naszych czasach. What we do in the shadows wyczerpuje bowiem temat do tego stopnia, że kolejnym filmowcom biorącym się za tego typu próby będzie bardzo ciężko przebić dzieło nowozelandzkich artystów. Film gorąco polecam nie tylko fanom horrorów, ale każdemu kto lubi się dobrze pośmiać.

Ocena: 4/6





[1] W postaci Deacona możnaby dopatrywać się serialowych odpowiedników młodych, rozzuchwalonych przedstawicieli wampirzego gatunku. Podciągnąłbym pod to również Zmierzch, ale chyba nawet Clement i Waititi uznali, że to zbyt banalne do parodiowania.
[2] Pamiętacie Wywiad z wampirem i książki Anne Rice? Viago na swoim przykładzie doskonale oddaje ich przesłanie. Naturalnie tak, jak pozostali jego „koledzy po fachu”, w krzywym zwierciadle.
[3] Karykatura hrabiego Draculi ze wszystkimi jego wadami i zaletami, które możemy znaleźć zarówno w dziele Stokera, jak i w jego późniejszych filmowych adaptacjach.
[4] Chyba najlepiej ucharakteryzowany wampir ze wszystkich. Od razu nasuwa się skojarzenie z Hrabią Orlokiem z Nosferatu Symfonia Grozy.
[5] Oczko w stronę gier fabularnych związanych ze światem wampirów. Podobnie jak w Vampire: The Masuerade nasi bohaterowie(w tym przypadku Vladislav) posiadają swoich ludzkich sługusów, którzy jeśli będą im posłuszni zostaną przemienieni w wampiry. Ta konwencja również została w filmie doskonale skarykaturowana.

czwartek, 8 października 2015

6 FESTIWAL KAMERA AKCJA WYSTARTOWAŁ



W tym roku postanowiłem spróbować kilku wolontariatów, aby móc po wszystkim porównać sobie dobre i złe różnice jakie je charakteryzują. Jak dotąd Biennale Sztuki Mediów 2015 TEST EXPOSURE we Wrocławiu (po raz drugi z resztą) zostawia w mojej pamięci i sercu szczególnie dobre wrażenia, ale dziś miałem okazję brać udział w przygotowaniach do festiwalu Kamera Akcja. Zapowiada się naprawdę dobra zabawa. Świetna atmosfera i sympatyczni ludzie. Do tego znakomicie goście i mnóstwo filmów, których bez tego festiwalu pewnie jeszcze długo bym nie obejrzał. Zachęcam więc wszystkich do przyjścia i poczucia filmowej atmosfery naszego miasta na żywo. Nie traćcie czasu, nie wahajcie się, po prostu przybywajcie na 6 Festiwal Kamera Akcja! Czekamy na Was! :-)


Po festiwalu postaram się napisać co nieco o swoich przeżyciach w związku z całym wydarzeniem. Jestem jednak po dzisiejszym dniu przekonany, że źle nie będzie.


Strona festiwalu w internecie: http://kameraakcja.com.pl/ 
Strona festiwalu na Facebook: https://www.facebook.com/kameraakcja?fref=ts 

ZAPRASZAMY

wtorek, 6 października 2015

Jesus Christ Superstar w Łódzkich plenerach



            O legendarnej rock operze napisano teoretycznie już chyba wszystko, dlatego nie będę powtarzał encyklopedycznych informacji, które każdy z Was może bez problemu znaleźć. Skreślę za to kilka słów na temat mojego własnego odbioru widowiska i naturalnie polecę je Wam do jak najszybszego obejrzenia. Będziecie mieli tę możliwość w najbliższym czasie, gdyż Jesus Christ Superstar będzie wystawiana ponownie na deskach Teatru Muzycznego w Łodzi w dniach 9-11 października. Tego po prostu nie możecie przegapić!



            Po pierwsze sztuka oglądana na żywo robi nieporównywalnie większe wrażenie do filmu Jewisona z 1973 roku. Nawet odgrywana w Łódzkich plenerach, w pasażu Schillera, rzucała na kolana. Ujmę to tak: po obejrzeniem tej sztuki na żywo, film, który być może jak ja widzieliście przed jej obejrzeniem, po prostu znika z pamięci. Bądźcie zatem gotowi na ucztę wrażeń jaką z całą pewnością zafunduje wam kunszt aktorów i widowiskowość samego przedsięwzięcia, które na deskach teatru będzie wyglądało zapewne jeszcze lepiej. W przypadku spektaklu na żywo również siła oddziaływania na widzów jest o wiele większa. Odsłony jaką Łodzianie mili okazję oglądać pamiętnego 2 października, nie powstydziłby się nawet Broadway. Nie umniejszając temu co widziałem, mogę sobie tylko wyobrażać jak cudownie musi to wyglądać za oceanem…
Uniwersalność Jesus Christ Superstar i forma w jakiej opowiada się nam o ostatnim tygodniu z życia Chrystusa, sprawdza się nieprzerwanie od wielu lat. Ta historia podczas wspólnego oglądania po prostu łączy pokolenia. Forma nie tylko wzmacnia ten związek, ale sprawia, że opowiadanie staje się atrakcyjne i co najważniejsze, zrozumiałe dla każdego. Stojąc tam i przyglądając się temu, z niekrytym zachwytem, pomyślałem sobie, że ludzie chętniej słuchaliby opowieści z Pisma Świętego, gdyby podać im je w takiej właśnie formie.



            Największe wrażenie zrobiły na mnie wejścia Jezusa i Judasza, oraz spokojne wystąpienia Marii Magdaleny. Z pewnością nie zapomnicie również fragmentu z Herodem, oraz słynnych Jesus Must Die i Superstar. Chwała należy się zaprawdę WSZYSTKIM aktorom, którzy energicznie, z niesamowitym zaangażowaniem i uczuciem odegrali swoje role. Potwierdza to fakt, że publiczność nie dała im spokojnie przechodzić od sceny do sceny i musieli oni zawsze chwilę czekać na ucichnięcie braw – zasłużonych naturalnie za każdym razem. Dodatkowym faktem przemawiającym za świetnością Polskiej wersji jest to, że została ona nagrodzona Złotą Maską za najlepsze role wokalno-aktorskie w minionym sezonie.
Na koniec, przy okazji tego tekstu pragnę podziękować Teatrowi Muzycznemu w Łodzi, oraz Łódzkiemu Centrum Wydarzeń. Był to pierwszy plenerowy spektakl, który obie instytucje zrealizowały wspólnie i mam nadzieję, że ten mariaż będzie rozwijał się w dalszym ciągu zapewniając Łodzianom podobne, cudowne, niezapomniane przeżycia. Dobra robota i zarazem piękne otwarcie sezonu dla Teatru Muzycznego.




Wszystkich natomiast gorąco zachęcam do obejrzenia rock opery Jesus Christ Superstar na żywo. Prawdziwym grzechem byłoby to przegapić…