wtorek, 2 maja 2017

Film, który sprawi że inaczej spojrzysz na swoich zdziwaczałych sąsiadów


Do objerzenia The Good Neighbor(2016) skłoniła mnie recenzja portalu True Reviews, w której dumnie zapisano „Would make Alfred Hitchcock proud.” Wzmianka o mistrzu suspensu działa na mnie przeważnie mocno pobudzająco, to też nie mogłem sobie pozwolić na puszczenie mimo chodem tak górnolotnej etykiety jaką przypięto obrazowi Kasry Farahani. To nie małe słowa jak na produkcję, której reżyser zajmował się jak dotąd oprawą artystyczną w filmach takich jak Alice in Wonderland(2010); Thor(2011) czy Star Trek: Into Darkness(2013). Spojrzałem na resztę twórców(scenarzyści zupełnie nieznani) i obsadę aktorską, w której moją uwagę od razu przykuł James Caan w opozycji do dwóch młodych aktorów. Poszperałem i znalazłem wreszcie film, który nasza polska dystrybucja naturalnie przeoczyła, i już po kilku minutach projekcji wiedziałem, że trafiłem na dzieło wyjątkowe, a powoływanie się na Hitcha nie było dziełem przypadku, ani wybujałej wyobraźni wcześniejszych recenzentów.
Fabuła rysuje się dość banalnie: dwójka nastolatków, Ethan(Logan Miller) i Sean(Keir Glichrist), postanawia wyciąć numer swojemu zdziwaczałemu sąsiadowi, Haroldowi(James Cann). Montują oni w domu staruszka kamery i parę innych urządzeń, które mają sprawić, że ten uwierzy iż mieszka w nawiedzonym domu. Niestety jak to w życiu bywa często proste pomysły lubią się gmatwać, a zakończenie podobnych zabaw eksploduje nam w twarz nieoczekiwanym finałem, na który nie byliśmy zupełnie przygotowani. I tak niewinny wybryk, który podszyty był naukowym eksperymentem mającym za obiekt badań dziadunia Harolda, kończy się w sądzie, a widz w wyniku kolejnych retrospekcji może zbadać drugie dno całej sprawy. Świetnie rozwiązane jest przede wszystkim to, że aby dotrzeć do prawdy trzeba przebrnąć przez cały obraz, nie sposób się bowiem jednoznacznie domyśleć czemu lądujemy na sali sądowej i co wydarzyło się w trakcie eksperymentu Ethana i Sean’a.



W tym filmie nic nie jest takie na jakie z pozoru wygląda i to właśnie jest największą jego siłą. Zwodzenie widza na każdym kroku i nieprzerwane utrzymywanie napięcia powoduje, że nieoczekiwanie zostajemy wrzuceni w mroczny świat ludzkich zaburzeń, zboczeń i koszmarów. Dwójka młodych bohaterów, ich działania i pobudki zostawiają wiele do życzenia pod względem moralności. Mimo wszystko jest w tym jakaś niewinność, za którą może przemawiać młody wiek, oraz sprzeczne poglądy jakie cechują naszych żartownisiów. Ocenę tego czy mamy do czynienia z gówniarskim wybrykiem, czy wyrachowanym działaniem dwóch psychopatów, Farahani pozostawia widzowi, kończąc swój film motywem potwora, który przeżył i nadal ma możliwość czynienia zła. Ethan i Sean bardzo przypominają parę morderców z The Rope(1948), Hitchcocka, czy choćby dwójkę zwyrodnialców z filmu Funny Games(1997/2007) Michaela Haneke, lecz są oni o wiele bardziej subtelni podobnie jak cały obraz w który zostali wpisani. Patrząc z kolei na Jamesa Caana miałem ciągle z tyłu głowy jego rolę w Misery(1990) Rob’a Reinera, z tym że cechy maniakalnej Annie Wilkes(Kathy Bates) w jakiś niewytłumaczalny sposób tutaj przypisywałem właśnie jemu. Cóż, może tylko umysł płatał mi figle? A może to był wyjątkowo dobry wybór w obsadzie? Bez wątpienia legendarny aktor podnosi rangę filmu i nadaje mu dodatkowej głębi związanej z myśleniem widza o jego poprzednich rolach. Można powiedzieć, że dzięki Caanowi, to wszystko czego można się tylko domyślać w świadomości widza, samo się nakręca.



The Good Neighbor(2016) oferuje nam porządną dawkę voyeuryzmu, suspensu i grozy, której doświadczymy podczas przygody zakończonej niebywale wzruszającym i zaskakującym zakończeniem. Z całą pewnością można porównywać obraz Kasry Farahani do dzieł Alfreda Hitchcocka, a przede wszystkim polecić go każdemu, kto lubi dobre thrillery zostające w pamięci na długo po obejrzeniu filmu.

Ocena: 5/6
Recenzję można przeczytać także na portalu Grabarz Polski

piątek, 7 kwietnia 2017

American Honey. W pogoni za wolnością.



American Honey ukazuje mroczą stronę Amerykańskiego społeczeństwa. Strach, brak zrozumienia, roszczeniowe myślenie i obłuda. Widzimy tu często brak jakiejkolwiek większej kontroli nad życiem. Poza klasycznymi problemami młodości z którymi zmagają się bohaterowie, Andrea Arnold wyciąga na wierzch całą galerię potworności jaką może skrywać ludzka natura. To zarazem trudny i piękny film drogi, który daje wiele do myślenia o stanie ducha współczesnej cywilizacji widzianej z perspektywy młodych ludzi.
Wśród brudu, kompleksów i wrogości współczesnej Ameryki swoje miejsce próbuje odnaleźć grupa zagubionych nastolatków, którzy pod pozorem sprzedawania gazet starają się uzbierać pieniądze na realizację swoich marzeń. Życie w drodze umożliwia im poczucie się wolnymi choćby na chwilę, umożliwia im także ucieczkę od dręczących ich koszmarów przeszłości. To trudna młodzież, której brutalnie odebrano dzieciństwo i doprowadzono do skrajności. Młodzież kolorowa, z różnych stron kraju, z różnych środowisk, którą łączy praca dla wyzyskującej ich Krystal(Riley Keough), która bez żadnych skrupułów co dzień po zakończonych sprzedażach zabiera im większość utargu. Koło takiej grupy większość z nas, idąc w ślad za przedstawionymi w filmie „praworządnymi obywatelami USA”, przeszłaby jak najszybciej i jak najobojętniej, prawdopodobnie obrzucając ich krytycznym czy pogardliwym spojrzeniem. Obraz pani Arnold przypomina silnie o powierzchowności za którą przeciętny człowiek ukrywa swój strach przed nieznanym i na podstawie której buduje swój wizerunek społeczny, najlepiej taki jaki jest najbliższy normom i regułom w jakich się znalazł.



Film rozpoczyna upokarzająca scena, w której Star(Sasha Lane) grzebie wraz ze swoim młodszym rodzeństwem w śmietniku obok jakiegoś supermarketu w poszukiwaniu jedzenia. Nasza główna bohaterka wpisuje się już od początku w specyfikę grupy, o której pisałem wcześniej, a na którą wpada po krótkiej chwili. Ona także ma swoje problemy, swoje koszmarne, syfiaste życie z którym musi się zmagać. Nie pomaga fakt, że musi ona zastępować swojemu rodzeństwu matkę, bo ta woli szlajać się po dyskotekach country. Nie pomaga również chłopak, który wiecznie pije i prawdopodobnie ją wykorzystuje. Nie jest lekko, ale jak już pisałem, American Honey, to nie jest lekki film. Star, po spotkaniu ze wspomnianą przeze mnie grupą postanawia uciec od swojego dotychczasowego życia. Zostawia wykorzystującego ją pijaka, oraz zwyrodniałą matkę i ukochane rodzeństwo(ta decyzja przychodzi jej zaskakująco łatwo, co tylko podkreśla to jak bardzo musiała być ona zdesperowana) i dołącza do szalonej komuny nastolatków przemierzających Stany Zjednoczone. Z miejsca zakochuje się w liderze bandy, Jake’u(Shia LaBeouf), który niestety jest na smyczy, którą bardzo krótko trzyma Krystal. Zaczyna się więc podróż w nieznane. Miłosne intrygi, chwile wzlotów i upadków, dążenie do poznania siebie i próby poprawienia swojego życia, a także przedwczesne dorastanie – to wszystko serwuje nam w swoim niesamowitym obrazie Andrea Arnold. Reżyser zawarła w swoim dziele tyle emocji, że nie sposób się nudzić oglądając jej dzieło. Momentami czułem się jak w drodze na Woodstock, aby za chwilę przenieść się w krainę nostalgii czy głęboko zastanowić się nad sensem życia. To prawdziwa mieszanka wybuchowa.
Duet Sashy Lane i Shia LeBeouf’a gra ze sobą bardzo dobrze, kradnąc miejsce reszcie aktorów, trzeba jednak pamiętać, że tutaj każda historia się liczy. Lane podobnie jak większość aktorów nie ma wielkiego doświadczenia aktorskiego, ale wydaje mi się, że to właśnie naturalność zachowań i eksperymenty na jakie pozwoliła swojej ekipie brytyjska reżyser, wyzwoliły niespożyte pokłady energii w młodych ludziach pozwalając im być tak przekonywującymi w swoich rolach. Wszystkie małe historie jakie kryją się za młodymi wędrowcami uzupełniają obraz czyniąc z niego wyjątkową opowieść. Tło ilustruje nam(często zbyt dosadnie w kontekście tekstów piosenek) muzyka takich gwiazd jak Rihanna, czy Bruce Springsteen, z zespołem Lady Antebellum, który popełnił tytułową piosenkę American Honey, na czele. Specyficzny sposób kamerowania jaki przyjęła Arnold narzuca tempo podobne do jej wcześniejszych dzieł. Nie spieszy się z fabularnym odkrywaniem prawdy, ponownie pragnie zajrzeć w głąb swoich aktorów, ukazując jak najlepiej piękno ich przeżyć wewnętrznych. Nie zabrakło więc przepięknych krajobrazów, bliskich ujęć przyrody i wkomponowanych w nią ludzi, a także zmysłowych i odważnych ujęć zbliżeń między Star i Jake’m. Bo jeśli młodość to przecież także w aspekcie odkrywania swojej seksualności, a od tego typu obserwacji(zwłaszcza u swoich żeńskich protagonistek) Andrea Arnold dała się poznać jako reżyser.



Po obejrzeniu tego filmu zostaje jeszcze wiele do przemyślenia, ale pomimo ciężkiego życia jakie wiodą zbłąkani bohaterowie American Honey ma się wrażenie, że ich poszukiwania nie pójdą na marne. Każdy był przecież kiedyś młody i zbutnowany i jakoś dał sobie z tym radę, prawda?

Ocena: 5/6

piątek, 31 marca 2017

Go! Go! Power Rangers!



Miałem spore obawy przed pójściem do kina na nowych Power Rangers. Przypomniałem sobie jakim kiczem trącił serial, który oglądałem w telewizji będąc jeszcze dzieckiem. Po zastanowieniu uznałem jednak, że skoro wówczas dostarczał mi on niezłej rozrywki, to może i tym razem się nie zawiodę? Wbrew opiniom znajomych, oraz kilku mocno haterskich i jak się okazało wyssanych z palca recenzji, ciekawość i niekryty sentyment do minionych czasów zwyciężyły i usiadłem wreszcie w kinowym fotelu. Pocieszałem się faktem, że Power Rangers koniec końców wywołało zarówno w Stanach jak i w Polsce niemałe, pozytywne zamieszanie wśród młodzieży, a przecież sam serial mimo swojej tandetnej estetyki stał się kultowy.
Muszę przyznać, że w trakcie seansu targały mną skrajne uczucia. Od rozczarowania i irytacji, po niedowierzanie, aż wreszcie absolutnie pozytywne zaskoczenie. Wyszedłem z kina ze świadomością, że może właśnie widziałem jedną z większych filmowych niespodzianek tego roku. Film mało znanego reżysera o charakterystycznie brzmiącym nazwisku, Deana Israelite, pozwolił mi wrócić na chwilę do świata dzieciństwa. Poczułem się tak, jakbym znalazł w szafie dawno zagubioną zabawkę, którą tak uwielbiałem się kiedyś bawić. Nie zawiodłem się również na czymś o czym byłem prawie pewien, że zostanie spieprzone: na powracającym motywie z Power Rangers, który chcąc nie chcąc jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych heroicznych motywów muzycznych. Został wykorzystany, w dodatku dokładnie tam gdzie powinien, za co twórcom bardzo dziękuję.



Film Israelite’a znacznie odbiega swoją estetyką od znanych nam seriali z końca lat dziewięćdziesiątych. Przypomina raczej kolejną część serii Transformers, z której nawet zdarza mu się żartować. Wybór ten sprawia, że Rangersi są nieco mniej tandetni i nieco bardziej młodzieżowi, a to właśnie nastolatkowie stają się głównym targetem tego obrazu. Nie oznacza to jednak, że starszej widowni będzie się on mniej podobał, zwłaszcza tej części która pamięta jeszcze serial. Nowy wygląd wojowników oraz ich Zordów, a także Rity(Elizabeth Banks) i jej armii potworów sprawdził się moim zdaniem znakomicie i tylko czekać na rozwój wskrzeszonego uniwersum Power Rangers.



Jeśli chodzi o historię, to nie jest źle, tym bardziej gdyby miało się naście lat i niewygórowane oczekiwania. Otrzymujemy sensowne wprowadzenie, które zostaje później zgrabnie rozwinięte. Parę logicznych wpadek później, kilka niewybrednych żarcików, oraz odrobina ckliwych historii obrazujących kolejno naszych młodych bohaterów i wreszcie ekipa Israelite’a ma możliwość pokazania widzowi tego na co czekał: walka, morfowanie, ogromne roboty oraz ostateczna bitwa Mega Zorda i olbrzymiego monstrum stworzonego przez Ritę Repulsę. Śmiało można odznaczyć wszystko czego takiemu filmowi było trzeba. Gorzej to wypada po przyjrzeniu się z bliska. Doświadczymy bowiem kilku cudownych wskrzeszeń oraz masy absurdalnych i szczerze mówiąc niewiele wnoszących pogadanek. Można powiedzieć, że autorzy postawili na hasło „w jedności siła” i jemu tylko podporządkowali wszelkie działania bohaterów mających na celu przekucie niesfornych nastolatków w obrońców naszej planety. Droga do udowodnienia, że Power Rangers są istotnie coś warci nie jest więc usłana różami. Ostatecznie nie wydała mi się także stąpaniem po rozżarzonych węglach, także jeśli zależy nam na dobrej zabawie, to naiwność współczesnego kina blockbusterowego jaka przejawia się w tej produkcji po całości, nie zepsuje nam satysfakcji z seansu. Można przez to przebrnąć i bawić się naprawdę dobrze. W zasadzie jedyną rzeczą jaka mnie w obrazie irytowała jest pokrętna poprawność polityczna amerykanów, przez którą totalnej zmianie uległa znaczna część załogi Rangersów jak, Zack(Ludi Lin), Trini(Becky Gomez), czy wreszcie Billy(Ronald Cyler). I tak oto w myśl za galopującym zachodem czarne nie jest już czarne, żółte nie jest żółte, a niebieskie… najwyraźniej „blue is new black” jak to się ostatnio popularnie mawia.
Poza zmianami „kosmetycznymi” Rangersi wracają w naprawdę dobrej formie i pozytywnie rokują na przyszłość. Myślę, że to obowiązkowa pozycja dla wszystkich, którzy oglądali kiedyś serial w TV. Jak już wcześniej pisałem, wszystko wskazuje na to, że to tylko początek nowych przygód Power Rangers, nie spieszcie się zatem z wychodzeniem z kina po napisach końcowych.

Ocena: 4/6
Recenzję można przeczytać także na portalu Grabarz Polski

piątek, 24 marca 2017

Król Kong wraca do gry!


W 1933 roku pewien amerykański reżyser, niegdysiejszy generał wojska amerykańskiego i podpułkownik polskich sił powietrznych, niejaki Merian C. Cooper, podarował światu jednego z najbardziej rozpoznawalnych filmowych potworów – King Konga. Film sprzedał się jak świeże bułeczki i zarobił łącznie 1,8 miliona dolarów(przy cenie 15 centów za bilet). W czasach niepokoju jaki ogarniał kontynent Europejski, Kong był odpowiedzią na pytanie jakie stawiali sobie przeciętni amerykanie: jak potężną siłą włada nasz potencjalny wróg i kiedy ją okaże? Legenda głosi, że był to ulubiony film Adolfa Hitlera – do dziś zastanawiam się czy to właśnie z tego powodu w 1934 producencki kod dla filmów grozy zmienił się na tyle, że każde filmowe monstrum musiało zostać pod koniec filmu zabite. Niewątpliwie nim King Kong stał się tragicznym antybohaterem, jakim uczyniło go kolejnych sześć produkcji, był królem hollywoodzkich potworów. Kwestią czasu stał się zatem jego pojedynek z potężną Godzillą; kwestią czasu stał się reboot jaki mamy aktualnie możliwość oglądać w kinach, a wreszcie kwestią czasu stał się fakt ponownego starcia Konga z gigantyczną jaszczurką, co twórcy odnowionych wersji obu stworów już zapowiedzieli.



Reżyserią obrazu Kong: Skull Island(2017), zajął się Jordan Vogt-Roberts, a kojarzyć go możecie po jego debiutanckim obrazie, The Kings of Summer, który zaprezentował na Sundance w 2013 roku. Ten młody, żeby nie pisać raczkujący reżyser, sprawdził się w swojej roli całkiem nieźle, tym bardziej że poprzeczka ustawiona była dość wysoko od samego początu – wystarczyłoby go porównać z oryginalnym twórcą King Konga, żeby wybaczyć mu wiele drobnych błędów(przejdę do ich omawiania nieco później). Jeśli chodzi o scenariusz to mamy tu do czynienia z dość wybuchową mieszanką artystów, których współpraca nieźle zamieszała , ale koniec końców pozwoliła nie tylko zręcznie odrestaurować film z 1933 roku, ale również tchnęła w niego zupełnie nową, niesamowitą energię: Max Borenstein, Godzilla(2016); Dan Gilroy, The Bourne Legacy(2012) oraz Derek Conolly, Jurassic World(2015). Po tym zestawieniu możecie domyślać się co może was czekać w kinie, zapewniam jednak, że nie ma powodów do uprzedzania się, czy rezygnowania z obejrzenia filmu z uwagi na słabe recenzje – które moim zdaniem zupełnie niezasłużenie zbiera.
Mocną stroną obrazu są szczegółowe i prawdziwie wypieszczone efekty specjalne, które doskonale komponują się z niemalże dokumentalnymi zdjęciami przyrody(zarówno w warstwie fauny jak i flory). Wyspa Czaszki wygląda przepięknie, żyje i roi się od wszelkiego rodzaju fantastycznych stworzeń, które podobnie jak w pierwowzorze z reguły widzą w człowieku wyłącznie, coś na ząb. Nie przeszkadza to jednak w podziwianiu cudownych krajobrazów, na co będziemy mieli okazję w przerwach w walce o życie. Od starożytnych ruin, po wioskę tubylców wszystko wygląda bardzo przekonująco i spójnie. Nad całą menażerią góruje oczywiście Kong, który dzięki nowoczesnym efektom komputerowym, oraz technice motion capture w końcu mógł prawdziwie ożyć dla widzów. Nie ma tu już mowy o brakach w charakteryzacji, sztywnej choreografii, ruchach zapaśnika sumo, czy problemach z „drżącymi makietami” rodem z Jurassic Park. Ożywione w komputerze monstra oraz ich starcia robią świetne wrażenie w całym filmie. Mało? Przecież właśnie o to tutaj chodziło. Co za tym idzie uważam, że pod względem zobrazowania tego cyrku kreatur, film sprawdza się idealnie.
Gorzej ma się sprawa jeśli chodzi o fabułę, która wydaje się połączeniem wspomnianego już Jurassic Park Stevena Spielberga i Apocalypse Now Francisa Forda Coppoli. W przypadku Skull Island, opowieść zdaje się gnać na złamanie karku, a widz nie ma ani chwili na odpoczynek przez co trwający niemal dwie godziny film staje się prawdziwą jazdą bez trzymanki. Należy pamiętać, że nie jest to wierne oddanie obrazu z 1933 roku, choć zachowuje jego najistotniejsze przesłanie: jeśli człowiek czegoś nie rozumie, to przeważnie stara się z tym walczyć. Można by także pokusić się o pytania czy taka walka zawsze jest dobrym rozwiązaniem, o to kto tak naprawdę jest naszym wrogiem, oraz kto tak naprawdę rządzi na świecie, człowiek czy natura? Te i inne pytania dotyczące King Konga znajdą swoje odbicie również w najnowszym filmie, choć może niekoniecznie od razu rzucą się w oczy.
O dziwo Vogt-Roberts trzyma to wszystko całkiem spójnie i pomimo paru wpadek odnośnie dialogów, scen czy postaci, które wyłamują się z całościowego klimatu filmu, dostarcza widzowi najlepszą jak do tej pory wersję obrazu o sławnym gorylu. Sytuację ratują także zapowiedzi jakie pojawiają się po napisach i napawają nadzieją na przyszłość. Scenariusz został dość dobrze przerobiony jeśli chodzi o umiejscowienie go w czasie, przenosi nas bowiem w okres końca wojny w Wietnamie i wyścigu zbrojeń między USA i ZSRR. Dzieło psują niestety naiwność dialogów i nieumiejętność utrzymania jakiegokolwiek napięcia co powoduje, że często mamy wrażenie obcowania z filmem amatorskim. Gdy tylko zaczyna się robić nieco poważniej i bardziej intersująco, atmosfera zostaje zmącona jakimś kretyńskim żarcikiem, który nikogo nie bawi. Nie pomaga wspomniane przeze mnie szaleńcze tempo akcji, oraz uśmiercanie postaci wiodących w idiotyczny wręcz sposób.
O aktorstwie tym razem niewiele, wydaje mi się bowiem, że nikt nie miał tam zbyt wielkiego pola do popisu. Bo czy można konkurować z Kongiem(w tę rolę dzięki technologii motion capture wciela się Toby Kebbel), którego na ekranie wreszcie było dużo, który wreszcie był głośny, silny i nad wyraz przekonujący? Miło było rzecz jasna zobaczyć Goodmana(wielki szacunek za zrzucenie do tej roli ponad dwudziestu kilogramów od czasów rewelacyjnego 10 Cloverfield Lane)  i Samuela L. Jacksona znów w akcji, choć większość uwagi skupia na sobie postać stukniętego Hanka Marlowa zagrana przez Johna C. Reilly’ego. Całkiem przyjemnie oglądało się także duet Brie Larson(Mason Weaver) i Toma Hiddlestona(James Conrad), którzy wraz z całą kompanią żołnierzy i paroma naukowcami stanowili barwne tło dla króla wyspy, Konga, próbując mu na przemian to pomóc, to przeszkodzić w sprawowaniu urzędu.



Niestety chcąc oderwać się od poprzednich obrazów o King Kongu, twórcy popełnili klasyczny w naszych czasach błąd: chcieli być zbyt do przodu. Dla przykładu, w filmie mamy do czynienia ze sceną, w której James z maską gazową na twarzy radośnie chlasta japońskim mieczem coś na kształt małych pterodaktyli. Kill Bill? Czy to na pewno ten seans? Do tego dość nieudolne próby rozładowania napięcia związanego wyłącznie z wartką akcją i niewykorzystanie potencjału obsady. Nawet jeśliby oddać filmowi, że nie stara się być czym nie jest i dostarczać podstawowej rozrywki, to twórcy często najzwyczajniej dają się zbyt mocno ponieść wodzą fantazji. Rekompensuje to fakt, że pomimo tylu lat charakter tego filmu nie uległ znaczącej zmianie. Można się na nim pośmiać, można przestraszyć, może także wzruszyć. Zaskakuje nieco zakończenie, które jak pisałem wcześniej jest jak najbardziej otwarte i tylko czeka na kontynuację opowieści. Kong: Skull Island to może i nieco naiwny, ale bez wątpienia godny następca serii. Wziąwszy pod uwagę, że mają powstać jeszcze dwa filmy w podobnym standardzie, a uniwersum King Konga spotka się ponownie z Godzillą, gorąco polecam wybrać się na film żeby przekonać się o powrocie króla.

Ocena: 4/6

wtorek, 26 lipca 2016

Wielki skok na kasę w Dzień Niepodległości!


Will Smith o Independence Day: Resurgence, powiedział że “nie zagra w tym filmie ponieważ nie wierzy w możliwość jego sukcesu”. Niestety, miał rację i próba kontynuacji hitu kinowego sprzed dwudziestu lat, to absolutna porażka. Historia jest pisana na kolanie, brak w tym wszystkim głównego bohatera, bo każdy pcha się na główny plan i na siłę ciągnie swój wątek. Zestawienie starszych aktorów z młodszymi wprowadza dziwny dysonans, a niektóre postaci z pierwszej części, które wracają w kontynuacji po prostu oszpecono: na przykład postać dra Okuna(Brent Spiner) – ten szalony naukowiec z długimi włosami, którego rozpozna każdy kto oglądał pierwszą część – w Resurgence, z poczciwego wariata zrobiono dodatkowo podstarzałego geja, którego na dodatek uśmierca się w mało smaczny i przerażająco komiczny sposób. To już nie było nawet śmieszne, bo humor w tym żałosnym skoku na kasę jest na możliwie najniższym poziomie i raczej żenuje niż bawi.
W Independence Day z 1996 roku, ludzkość walczyła z kosmitami za pomocą dostępnych sobie aktualnie narzędzi i to sprawiało, że nasze zwycięstwo coś znaczyło i było ważne dla widza. Postaci w tamtym filmie były o niebo lepiej zarysowane i można było się z nimi minimalnie identyfikować. Humor pojawiał się dla odprężenia widza, a nie jak w tegorocznym gniocie w celu sztucznego go rozbawienia, a koniec końców zażenowania. W tej tragicznej kontynuacji mamy dostęp do technologii obcych, ale nikt przez tych śmiesznych kilka lat nie pomyślał nawet o zbudowaniu porządnych tarcz ochronnych. Spotykamy za to wesołe plemię, które szlachtuje kosmitów maczetami(czyżby jakieś nawiązanie do wyczekiwanej trzeciej części Machete kills again… in space! ?).
To co mogłoby działać na korzyść filmu, to wygląd obcych(pomijając naszego wybawcę, który wygląda jak niedomalowany, gadający pokeball – zero wyobraźni ze strony twórców). Obcych natomiast było więcej, byli lepiej pokazani i wreszcie „walczyli bardziej”, co było efektowne i miłe dla oka. Jeśli już mowa o efektach miłych dla oka, to właśnie one są drugim i ostatnim moim zdaniem atutem tego miernego obrazu. Dla wielu jednak efekty specjalne zastosowane w Resurgence będą oczywistością, standardem, a więc należy się tak naprawdę zastanowić czy istotnie są czymś co mogłoby przekonywać do obejrzenia filmu. Aktorów nie potępiam, ale współczuję tego, że dali się uwikłać w ten cyrk. Scenariusz i reżyseria zostawiają natomiast wiele do życzenia. Twórców zjadła chciwość i chęć pokazania zbyt wielu wątków jednocześnie. Jednym słowem serwują nam bardzo bogate danie, które nie ma żadnego smaku.
W skrócie Independence Day: Resurgence, to nic innego jak tylko kolejna gigantyczna próba wyłudzenia pieniędzy od widzów, bazująca na nostalgii i sławie hitu sprzed lat. Takich oszustw – bo inaczej tego nazwać nie można – było i będzie jeszcze wiele, dlatego strzeżcie się kochani i dobierajcie repertuar po przejrzeniu kilku recenzji. Inaczej wasze oczy mogą stanąć w płomieniach jak moje kiedy musiałem oglądać to żenujące widowisko.

Ocena: 1/6
Recenzję można przeczytać także na portalu Grabarz Polski