piątek, 31 marca 2017

Go! Go! Power Rangers!



Miałem spore obawy przed pójściem do kina na nowych Power Rangers. Przypomniałem sobie jakim kiczem trącił serial, który oglądałem w telewizji będąc jeszcze dzieckiem. Po zastanowieniu uznałem jednak, że skoro wówczas dostarczał mi on niezłej rozrywki, to może i tym razem się nie zawiodę? Wbrew opiniom znajomych, oraz kilku mocno haterskich i jak się okazało wyssanych z palca recenzji, ciekawość i niekryty sentyment do minionych czasów zwyciężyły i usiadłem wreszcie w kinowym fotelu. Pocieszałem się faktem, że Power Rangers koniec końców wywołało zarówno w Stanach jak i w Polsce niemałe, pozytywne zamieszanie wśród młodzieży, a przecież sam serial mimo swojej tandetnej estetyki stał się kultowy.
Muszę przyznać, że w trakcie seansu targały mną skrajne uczucia. Od rozczarowania i irytacji, po niedowierzanie, aż wreszcie absolutnie pozytywne zaskoczenie. Wyszedłem z kina ze świadomością, że może właśnie widziałem jedną z większych filmowych niespodzianek tego roku. Film mało znanego reżysera o charakterystycznie brzmiącym nazwisku, Deana Israelite, pozwolił mi wrócić na chwilę do świata dzieciństwa. Poczułem się tak, jakbym znalazł w szafie dawno zagubioną zabawkę, którą tak uwielbiałem się kiedyś bawić. Nie zawiodłem się również na czymś o czym byłem prawie pewien, że zostanie spieprzone: na powracającym motywie z Power Rangers, który chcąc nie chcąc jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych heroicznych motywów muzycznych. Został wykorzystany, w dodatku dokładnie tam gdzie powinien, za co twórcom bardzo dziękuję.



Film Israelite’a znacznie odbiega swoją estetyką od znanych nam seriali z końca lat dziewięćdziesiątych. Przypomina raczej kolejną część serii Transformers, z której nawet zdarza mu się żartować. Wybór ten sprawia, że Rangersi są nieco mniej tandetni i nieco bardziej młodzieżowi, a to właśnie nastolatkowie stają się głównym targetem tego obrazu. Nie oznacza to jednak, że starszej widowni będzie się on mniej podobał, zwłaszcza tej części która pamięta jeszcze serial. Nowy wygląd wojowników oraz ich Zordów, a także Rity(Elizabeth Banks) i jej armii potworów sprawdził się moim zdaniem znakomicie i tylko czekać na rozwój wskrzeszonego uniwersum Power Rangers.



Jeśli chodzi o historię, to nie jest źle, tym bardziej gdyby miało się naście lat i niewygórowane oczekiwania. Otrzymujemy sensowne wprowadzenie, które zostaje później zgrabnie rozwinięte. Parę logicznych wpadek później, kilka niewybrednych żarcików, oraz odrobina ckliwych historii obrazujących kolejno naszych młodych bohaterów i wreszcie ekipa Israelite’a ma możliwość pokazania widzowi tego na co czekał: walka, morfowanie, ogromne roboty oraz ostateczna bitwa Mega Zorda i olbrzymiego monstrum stworzonego przez Ritę Repulsę. Śmiało można odznaczyć wszystko czego takiemu filmowi było trzeba. Gorzej to wypada po przyjrzeniu się z bliska. Doświadczymy bowiem kilku cudownych wskrzeszeń oraz masy absurdalnych i szczerze mówiąc niewiele wnoszących pogadanek. Można powiedzieć, że autorzy postawili na hasło „w jedności siła” i jemu tylko podporządkowali wszelkie działania bohaterów mających na celu przekucie niesfornych nastolatków w obrońców naszej planety. Droga do udowodnienia, że Power Rangers są istotnie coś warci nie jest więc usłana różami. Ostatecznie nie wydała mi się także stąpaniem po rozżarzonych węglach, także jeśli zależy nam na dobrej zabawie, to naiwność współczesnego kina blockbusterowego jaka przejawia się w tej produkcji po całości, nie zepsuje nam satysfakcji z seansu. Można przez to przebrnąć i bawić się naprawdę dobrze. W zasadzie jedyną rzeczą jaka mnie w obrazie irytowała jest pokrętna poprawność polityczna amerykanów, przez którą totalnej zmianie uległa znaczna część załogi Rangersów jak, Zack(Ludi Lin), Trini(Becky Gomez), czy wreszcie Billy(Ronald Cyler). I tak oto w myśl za galopującym zachodem czarne nie jest już czarne, żółte nie jest żółte, a niebieskie… najwyraźniej „blue is new black” jak to się ostatnio popularnie mawia.
Poza zmianami „kosmetycznymi” Rangersi wracają w naprawdę dobrej formie i pozytywnie rokują na przyszłość. Myślę, że to obowiązkowa pozycja dla wszystkich, którzy oglądali kiedyś serial w TV. Jak już wcześniej pisałem, wszystko wskazuje na to, że to tylko początek nowych przygód Power Rangers, nie spieszcie się zatem z wychodzeniem z kina po napisach końcowych.

Ocena: 4/6
Recenzję można przeczytać także na portalu Grabarz Polski

piątek, 24 marca 2017

Król Kong wraca do gry!


W 1933 roku pewien amerykański reżyser, niegdysiejszy generał wojska amerykańskiego i podpułkownik polskich sił powietrznych, niejaki Merian C. Cooper, podarował światu jednego z najbardziej rozpoznawalnych filmowych potworów – King Konga. Film sprzedał się jak świeże bułeczki i zarobił łącznie 1,8 miliona dolarów(przy cenie 15 centów za bilet). W czasach niepokoju jaki ogarniał kontynent Europejski, Kong był odpowiedzią na pytanie jakie stawiali sobie przeciętni amerykanie: jak potężną siłą włada nasz potencjalny wróg i kiedy ją okaże? Legenda głosi, że był to ulubiony film Adolfa Hitlera – do dziś zastanawiam się czy to właśnie z tego powodu w 1934 producencki kod dla filmów grozy zmienił się na tyle, że każde filmowe monstrum musiało zostać pod koniec filmu zabite. Niewątpliwie nim King Kong stał się tragicznym antybohaterem, jakim uczyniło go kolejnych sześć produkcji, był królem hollywoodzkich potworów. Kwestią czasu stał się zatem jego pojedynek z potężną Godzillą; kwestią czasu stał się reboot jaki mamy aktualnie możliwość oglądać w kinach, a wreszcie kwestią czasu stał się fakt ponownego starcia Konga z gigantyczną jaszczurką, co twórcy odnowionych wersji obu stworów już zapowiedzieli.



Reżyserią obrazu Kong: Skull Island(2017), zajął się Jordan Vogt-Roberts, a kojarzyć go możecie po jego debiutanckim obrazie, The Kings of Summer, który zaprezentował na Sundance w 2013 roku. Ten młody, żeby nie pisać raczkujący reżyser, sprawdził się w swojej roli całkiem nieźle, tym bardziej że poprzeczka ustawiona była dość wysoko od samego początu – wystarczyłoby go porównać z oryginalnym twórcą King Konga, żeby wybaczyć mu wiele drobnych błędów(przejdę do ich omawiania nieco później). Jeśli chodzi o scenariusz to mamy tu do czynienia z dość wybuchową mieszanką artystów, których współpraca nieźle zamieszała , ale koniec końców pozwoliła nie tylko zręcznie odrestaurować film z 1933 roku, ale również tchnęła w niego zupełnie nową, niesamowitą energię: Max Borenstein, Godzilla(2016); Dan Gilroy, The Bourne Legacy(2012) oraz Derek Conolly, Jurassic World(2015). Po tym zestawieniu możecie domyślać się co może was czekać w kinie, zapewniam jednak, że nie ma powodów do uprzedzania się, czy rezygnowania z obejrzenia filmu z uwagi na słabe recenzje – które moim zdaniem zupełnie niezasłużenie zbiera.
Mocną stroną obrazu są szczegółowe i prawdziwie wypieszczone efekty specjalne, które doskonale komponują się z niemalże dokumentalnymi zdjęciami przyrody(zarówno w warstwie fauny jak i flory). Wyspa Czaszki wygląda przepięknie, żyje i roi się od wszelkiego rodzaju fantastycznych stworzeń, które podobnie jak w pierwowzorze z reguły widzą w człowieku wyłącznie, coś na ząb. Nie przeszkadza to jednak w podziwianiu cudownych krajobrazów, na co będziemy mieli okazję w przerwach w walce o życie. Od starożytnych ruin, po wioskę tubylców wszystko wygląda bardzo przekonująco i spójnie. Nad całą menażerią góruje oczywiście Kong, który dzięki nowoczesnym efektom komputerowym, oraz technice motion capture w końcu mógł prawdziwie ożyć dla widzów. Nie ma tu już mowy o brakach w charakteryzacji, sztywnej choreografii, ruchach zapaśnika sumo, czy problemach z „drżącymi makietami” rodem z Jurassic Park. Ożywione w komputerze monstra oraz ich starcia robią świetne wrażenie w całym filmie. Mało? Przecież właśnie o to tutaj chodziło. Co za tym idzie uważam, że pod względem zobrazowania tego cyrku kreatur, film sprawdza się idealnie.
Gorzej ma się sprawa jeśli chodzi o fabułę, która wydaje się połączeniem wspomnianego już Jurassic Park Stevena Spielberga i Apocalypse Now Francisa Forda Coppoli. W przypadku Skull Island, opowieść zdaje się gnać na złamanie karku, a widz nie ma ani chwili na odpoczynek przez co trwający niemal dwie godziny film staje się prawdziwą jazdą bez trzymanki. Należy pamiętać, że nie jest to wierne oddanie obrazu z 1933 roku, choć zachowuje jego najistotniejsze przesłanie: jeśli człowiek czegoś nie rozumie, to przeważnie stara się z tym walczyć. Można by także pokusić się o pytania czy taka walka zawsze jest dobrym rozwiązaniem, o to kto tak naprawdę jest naszym wrogiem, oraz kto tak naprawdę rządzi na świecie, człowiek czy natura? Te i inne pytania dotyczące King Konga znajdą swoje odbicie również w najnowszym filmie, choć może niekoniecznie od razu rzucą się w oczy.
O dziwo Vogt-Roberts trzyma to wszystko całkiem spójnie i pomimo paru wpadek odnośnie dialogów, scen czy postaci, które wyłamują się z całościowego klimatu filmu, dostarcza widzowi najlepszą jak do tej pory wersję obrazu o sławnym gorylu. Sytuację ratują także zapowiedzi jakie pojawiają się po napisach i napawają nadzieją na przyszłość. Scenariusz został dość dobrze przerobiony jeśli chodzi o umiejscowienie go w czasie, przenosi nas bowiem w okres końca wojny w Wietnamie i wyścigu zbrojeń między USA i ZSRR. Dzieło psują niestety naiwność dialogów i nieumiejętność utrzymania jakiegokolwiek napięcia co powoduje, że często mamy wrażenie obcowania z filmem amatorskim. Gdy tylko zaczyna się robić nieco poważniej i bardziej intersująco, atmosfera zostaje zmącona jakimś kretyńskim żarcikiem, który nikogo nie bawi. Nie pomaga wspomniane przeze mnie szaleńcze tempo akcji, oraz uśmiercanie postaci wiodących w idiotyczny wręcz sposób.
O aktorstwie tym razem niewiele, wydaje mi się bowiem, że nikt nie miał tam zbyt wielkiego pola do popisu. Bo czy można konkurować z Kongiem(w tę rolę dzięki technologii motion capture wciela się Toby Kebbel), którego na ekranie wreszcie było dużo, który wreszcie był głośny, silny i nad wyraz przekonujący? Miło było rzecz jasna zobaczyć Goodmana(wielki szacunek za zrzucenie do tej roli ponad dwudziestu kilogramów od czasów rewelacyjnego 10 Cloverfield Lane)  i Samuela L. Jacksona znów w akcji, choć większość uwagi skupia na sobie postać stukniętego Hanka Marlowa zagrana przez Johna C. Reilly’ego. Całkiem przyjemnie oglądało się także duet Brie Larson(Mason Weaver) i Toma Hiddlestona(James Conrad), którzy wraz z całą kompanią żołnierzy i paroma naukowcami stanowili barwne tło dla króla wyspy, Konga, próbując mu na przemian to pomóc, to przeszkodzić w sprawowaniu urzędu.



Niestety chcąc oderwać się od poprzednich obrazów o King Kongu, twórcy popełnili klasyczny w naszych czasach błąd: chcieli być zbyt do przodu. Dla przykładu, w filmie mamy do czynienia ze sceną, w której James z maską gazową na twarzy radośnie chlasta japońskim mieczem coś na kształt małych pterodaktyli. Kill Bill? Czy to na pewno ten seans? Do tego dość nieudolne próby rozładowania napięcia związanego wyłącznie z wartką akcją i niewykorzystanie potencjału obsady. Nawet jeśliby oddać filmowi, że nie stara się być czym nie jest i dostarczać podstawowej rozrywki, to twórcy często najzwyczajniej dają się zbyt mocno ponieść wodzą fantazji. Rekompensuje to fakt, że pomimo tylu lat charakter tego filmu nie uległ znaczącej zmianie. Można się na nim pośmiać, można przestraszyć, może także wzruszyć. Zaskakuje nieco zakończenie, które jak pisałem wcześniej jest jak najbardziej otwarte i tylko czeka na kontynuację opowieści. Kong: Skull Island to może i nieco naiwny, ale bez wątpienia godny następca serii. Wziąwszy pod uwagę, że mają powstać jeszcze dwa filmy w podobnym standardzie, a uniwersum King Konga spotka się ponownie z Godzillą, gorąco polecam wybrać się na film żeby przekonać się o powrocie króla.

Ocena: 4/6

wtorek, 26 lipca 2016

Wielki skok na kasę w Dzień Niepodległości!


Will Smith o Independence Day: Resurgence, powiedział że “nie zagra w tym filmie ponieważ nie wierzy w możliwość jego sukcesu”. Niestety, miał rację i próba kontynuacji hitu kinowego sprzed dwudziestu lat, to absolutna porażka. Historia jest pisana na kolanie, brak w tym wszystkim głównego bohatera, bo każdy pcha się na główny plan i na siłę ciągnie swój wątek. Zestawienie starszych aktorów z młodszymi wprowadza dziwny dysonans, a niektóre postaci z pierwszej części, które wracają w kontynuacji po prostu oszpecono: na przykład postać dra Okuna(Brent Spiner) – ten szalony naukowiec z długimi włosami, którego rozpozna każdy kto oglądał pierwszą część – w Resurgence, z poczciwego wariata zrobiono dodatkowo podstarzałego geja, którego na dodatek uśmierca się w mało smaczny i przerażająco komiczny sposób. To już nie było nawet śmieszne, bo humor w tym żałosnym skoku na kasę jest na możliwie najniższym poziomie i raczej żenuje niż bawi.
W Independence Day z 1996 roku, ludzkość walczyła z kosmitami za pomocą dostępnych sobie aktualnie narzędzi i to sprawiało, że nasze zwycięstwo coś znaczyło i było ważne dla widza. Postaci w tamtym filmie były o niebo lepiej zarysowane i można było się z nimi minimalnie identyfikować. Humor pojawiał się dla odprężenia widza, a nie jak w tegorocznym gniocie w celu sztucznego go rozbawienia, a koniec końców zażenowania. W tej tragicznej kontynuacji mamy dostęp do technologii obcych, ale nikt przez tych śmiesznych kilka lat nie pomyślał nawet o zbudowaniu porządnych tarcz ochronnych. Spotykamy za to wesołe plemię, które szlachtuje kosmitów maczetami(czyżby jakieś nawiązanie do wyczekiwanej trzeciej części Machete kills again… in space! ?).
To co mogłoby działać na korzyść filmu, to wygląd obcych(pomijając naszego wybawcę, który wygląda jak niedomalowany, gadający pokeball – zero wyobraźni ze strony twórców). Obcych natomiast było więcej, byli lepiej pokazani i wreszcie „walczyli bardziej”, co było efektowne i miłe dla oka. Jeśli już mowa o efektach miłych dla oka, to właśnie one są drugim i ostatnim moim zdaniem atutem tego miernego obrazu. Dla wielu jednak efekty specjalne zastosowane w Resurgence będą oczywistością, standardem, a więc należy się tak naprawdę zastanowić czy istotnie są czymś co mogłoby przekonywać do obejrzenia filmu. Aktorów nie potępiam, ale współczuję tego, że dali się uwikłać w ten cyrk. Scenariusz i reżyseria zostawiają natomiast wiele do życzenia. Twórców zjadła chciwość i chęć pokazania zbyt wielu wątków jednocześnie. Jednym słowem serwują nam bardzo bogate danie, które nie ma żadnego smaku.
W skrócie Independence Day: Resurgence, to nic innego jak tylko kolejna gigantyczna próba wyłudzenia pieniędzy od widzów, bazująca na nostalgii i sławie hitu sprzed lat. Takich oszustw – bo inaczej tego nazwać nie można – było i będzie jeszcze wiele, dlatego strzeżcie się kochani i dobierajcie repertuar po przejrzeniu kilku recenzji. Inaczej wasze oczy mogą stanąć w płomieniach jak moje kiedy musiałem oglądać to żenujące widowisko.

Ocena: 1/6
Recenzję można przeczytać także na portalu Grabarz Polski

sobota, 25 czerwca 2016

22 lata... ludzie, orki i legendy




Dwadzieścia dwa lata temu miała miejsce premiera gry Warcraft: Orcs and Humans. Od tamtej pory wyszło już czternaście gier z tej serii(z dodatkami), włączając w to RTS’y, MMORPG oraz karciankę Hearthstone. Blizzard ma to do siebie, że determinuje z łatwością pewien rynek zbytu i nadaje mu, sobie tylko osiągalną estetykę i jakość. Stało się tak w przypadku gier, których wygląd i grywalność zmienili na zawsze zaledwie kilkoma swoimi tytułami. Czy jest jednak szansa, że stanie się tak w przypadku medium jakim jest kino? Szczerze wątpię. Komputerowe efekty jeszcze długo nie mają realnych szans na wyparcie prawdziwych aktorów i planów. Jeśli jednak przenosimy na ekran coś co prawdziwe nigdy nie było i nadajemy temu nową szatę graficzną, to trzeba przyznać, że cudowne dziecko Blizzarda jakim jest marka Warcraft, ma duże szansę na stanie się jedną z niewielu tak idealnych filmowych adaptacji gier komputerowych.
Aktorzy zostali dobrani całkiem trafnie, choć Travis Fimmel w roli Lothara niewiele się dla mnie różnił od granego przez siebie Ragnara Lothbroka z serialu Vikings. Jest przekonujący, ale szczerze mówiąc wypada słabo na tle reszty ekipy. A szkoda, bo Anduin Lothar to postać, która zasłużyła na nieco solidniejszą prezentację. Ben Foster rewelacyjnie odegrał postać Medivh’a, zaś Paula Patton sprawiła, że nawet Garona Halforcen zyskała na uroku osobistym. Wesoło było również obserwować młodego Khadgara w wykonaniu Bena Schnetzera. Miałem wrażenie jakbym oglądał nieco mniej rozgarniętego i o wiele młodszego Gandalfa, po prostu urocze. Wszyscy orkowie są przedstawieni po mistrzowsku: wodzowie są charakterystyczni i rozpoznawalni, a sama horda dzięki misternym efektom CGI połączonym z pracą charakteryzatorów robi ogromne wrażenie i wydaje się równie realna co walczący z nią ludzie. Wszelkie magiczne istoty także zostały ukazane nad wyraz realistycznie, może poza golemem, ale o tym sami już musicie się przekonać i ocenić, moim zdaniem mogło być lepiej.
Historia z jaką się spotykamy nie musi walczyć o nic, ona wygrała już swoje dwadzieścia dwa lata temu, po premierze i sukcesie Warcraft: Orcs and Humans. Szkoda, że tak wielu zapomina o tym przy wystawianiu swojej oceny temu obrazowi. Halo! Macie do czynienia z czymś co zdominowało świat fantasy na wielu płaszczyznach, nie tylko gier komputerowych! Od prostych karcianek i klasycznych sesji RPG, poprzez książki i komiksy, na cosplay i wszelkiej maści eventach związanych z marką kończąc. To świadectwo, którego nie zmażecie swoją ignorancją, na całe szczęście. Film bezbłędnie ukazuje wydarzenia, które dotąd mogliśmy śledzić grając w Warcrafta. Opowieść jest spójna, logiczna, a co najważniejsze nie wymaga od nikogo wcześniejszej znajomości świata czy postaci. Historia potrafi nas więc wciągnąć, a nawet zaskoczyć i wzruszyć. Bez różnicy na to czy graliśmy w Warcrafta, czy tylko o nim słyszeliśmy, mamy szansę obserwować jedne z najdonioślejszych wydarzeń na arenie jego dziejów w zupełnie nowej odsłonie(stylistycznie ma się rozumieć, nie ma bowiem mowy o nieścisłościach czy różnicach w opowieści).
Niektórzy krytycy starają się równać film z grą(w warstwie estetycznej), myślę jednak, że to najgorsze co można zrobić. Oba media mają różny sposób wyrazu i nawet pomimo tego, że bazują na sztuce wizualnego przekazu, to przecież angażują odbiorcę w zupełnie inny sposób. Należy zatem pamiętać, że film Warcraft będzie się starał powtórzyć i opowiedzieć znaną historię, jednakże w swój unikatowy sposób, narzędziami jakie dane są sztuce filmowej nie zaś przemysłowi gier komputerowych. Znak równości można tutaj postawić jedynie gdy mówimy o fabule, która jak pisałem została przedstawiona w bardzo dobry i przystępny dla każdego sposób. Przyrównywanie więc filmu do poszerzonego intra mija się dla mnie w tym wypadku z celem, podobnie jak twierdzenie, że jest on tylko eksperymentem, który ma na celu usprawnianie grafiki filmików w samej grze.



Jest również kwestia znaczeniowa czy wartościująca ten obraz. Nie jest to z pewnością film, który będziemy mogli porównywać jakościowo z Lord of the Rings(do pięt mu nie dorasta szczerze mówiąc, więc na razie o tym zapomnijcie), ale jeśli nie będziemy na siłę starali się zrobić z niego monumentalnego obrazu, to czeka nas doskonała przygoda, która na pewno na jednym filmie się nie skończy. W zasadzie to już nie mogę się doczekać żeby obejrzeć pojedynek na szczycie Mroźnej Iglicy...
            Jak pisałem wcześniej na blogu chciałbym dorzucić jeszcze parę słów od siebie. Dla znawców, którzy przecież film już i tak obejrzeli (być może jak ja, po raz enty), dodam tylko, że chronologicznie każda postać staje się legendą i legendą umiera w momencie, w którym trzeba. Są tam nieznaczne wahania fabuły, ale pamiętajmy, że przetworzenie tej historii na taśmę filmową wymagało pewnych szybszych, lub nieco logiczniejszych rozwiązań – tym bardziej, że Blizzard nigdy nie potwierdził do końca informacji o pewnych postaciach. Zdajemy się więc na fantazję i logikę twórców, które moim zdaniem nie zawiodły.
Czemu aż 5/6? Otóż ten film traktuję niemal identycznie jak najnowszą serię Gwiezdnych Wojen – po prostu poczekajmy i dajmy tej marce szansę. Ocenimy to surowiej po drugim, trzecim, filmie z rzędu. Na razie nieco zbyt mało tego jest, ale początek jest mega obiecujący.




            To na co chciałbym dodatkowo zwrócić uwagę, to muzyka. Ramin Djawadi może być słabo znanym twórcą, ale gdy wczytać się w jego dokonania, to od razu widać, że ma doświadczenie zarówno w komponowaniu muzyki do gier, serialów i filmów pełnometrażowych. W tle usłyszymy oczywiście „Nolan’owskie trąby”, ale ten film bez tego uderzenia chyba by się nie obszedł. Do tego znane motywy z gry, które nie są o dziwo nadużywane, ale zręcznie wplecione w całość obrazu. Dzięki temu muzyka może spodobać się zarówno zdobywcom Azeroth, jak i zupełnie nowym gościom świata Warcrafta. Nie jest tak ilustrująca jak podkład do wspomnianego The Lord of the Rings, ale wyraźnie podkreśla każdy istotny wątek filmu.

Ocena: 5/6
Recenzję możecie przeczytać także na portalu Grabarz Polski

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Apocalypse Now!



Wybierając się na X-Men: Apocalypse miałem spore wątpliwości. Oto bowiem kolejny napompowany efektami film Marvela, w tym tylko roku! Czy tego już nie za wiele? Z tyłu głowy miałem również myśl, że niespecjalnie lubię serię X-Men. Moje zdanie o niej zmieniły na lepsze dwa poprzednie filmy z 2011 i 2014, które nadały cyklowi nowy styl i odświeżyły podupadającą markę X-Men w świecie filmu. Okrzyknięte już mianem blockbusterowego fenomenu najnowsze dzieło ze stajni Marvela okazało się być dla mnie sporym, pozytywnym zaskoczeniem, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że współczesne filmy z tej kategorii(kina superbohaterskiego w ogóle) nie mają wielkich szans na stanie się klasykami kina. Mają za to niewyczerpaną moc dostarczenia widzowi przedniej rozrywki i choćby na chwilę spełnienia marzeń z dzieciństwa o zobaczeniu swoich ulubionych bohaterów „na żywo”. Pisałem już w recenzji Captain America: Civil War, że wszystkie te obrazy pomału zaczynają przypominać serial, w którym wymieniamy jedynie aktorów i od czasu do czasu potrząsamy światem żeby nie dać się monotonii. Podobnie ma się sprawa w przypadku serii X-Men i nawet jeśli okrasimy to kilkoma żartami i scenkami rodzajowymi z życia postaci, to po czasie dojdziemy do wniosku, że całość zaczyna nam się rozmywać z resztą filmów z tego gatunku. Z jednej strony tworzymy dzięki temu spójność uniwersum, z drugiej obraz, który tak naprawdę niczym się nie wyróżnia, no może poza imieniem tego złego, którego trzeba pokonać żeby znów nastał chwilowy spokój. To smutna prawda… ale kto myśli o takich sprawach oglądając te filmy? Nikt – na czas seansu zostajemy porwani bez pamięci przez magię ich świata i to właśnie jest największa, choć tak ulotna, siła jaka drzemie w tych obrazach. Co więc zostało dla mnie po obejrzeniu X-Men: Apocalypse? Finalnie, zadowolenie ze świetnie spędzonego czasu i mały niedosyt, który się czuje gdy fajna wyprawa zbyt szybko dobiega końca i trzeba znów wracać do rzeczywistości. No i może jeszcze tylko małe pytanie, które można sobie równie dobrze zadać po obejrzeniu kolejnego odcinka Gry o Tron: co będzie dalej?



            Czas pokarze, gdyż Bryan Singer, reżyser odpowiedzialny za cztery filmy serii waha się czy przy niej pozostać. Nowy styl, o którym pisałem nadał X-Men co prawda w 2011 roku Matthew Vaughn(Kick-Ass; Kingsman: The Secret Service), ale to Singer utrzymał go i kto wie czy nie wyeksploatował na dobre właśnie w swoim najnowszym filmie. Apocalypse trzeba oddać, że stawia wszystko na jedną kartę i jak widać po wynikach sprzedaży wychodzi to jego twórcom na dobre. Widowiskowy od początku do końca jest wypełniony akcją prowadzoną z umiarem i rozłożoną dobrze na cały czas trwania filmu. Postaci są wprowadzane równomiernie i mamy chwilę czasu żeby zapoznać się z każdym z bohaterów. Wiele osób zdążyło już wyśmiać silenie się aktorów na mówienie po polsku(wstawki z życia Erika-Magneto), ale ja uważam, że Fassbenderowi wychodziło to naprawdę uroczo i przynajmniej dało się zauważyć, że się starał. Przesadą były dla mnie łuki, ale to akurat będziecie mogli wyśmiać sami gdy tylko zobaczycie ową scenę.
Scena, o której już zapewne słyszeliście i która robi furorę w sieci to naturalnie pojawienie się Quicksilvera(Peter Maximoff). Poza wycinkami z walk istotnie jest to jedna z fajniejszych jakie ostatnio widziałem w kinie, a podkład Eurythmics robi przy tym niesamowite wrażenie. Tak właśnie powinny wyglądać porządne CGI.
Wrażenie robi również sam Apocalypse(Oscar Isaac), który mimo że nie jest tak wielki jakim się ukazuje w komiksach, to został zagrany bardzo wyraziście, a do tego pokazał, że jest wyjątkowym przeciwnikiem, którego nie da się łatwo pokonać… o ile w ogóle się da.




            Podejrzewam więc, że nie skłamię jeśli napiszę, że jest to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów X-Men, i nie mniej interesująca propozycja dla tych, którzy chcą obejrzeć dobre kino akcji i dobrze się przy tym bawić. Jeśli macie podobne nastawienie, to nie zawiedziecie się na X-Men: Apocalypse.

Ocena: 4/6
Recenzja ukazała się również na portalu Grabarz Polski