czwartek, 12 maja 2016

Stary Howard farmę miał... czyli o tym co się wydarzyło na 10 Cloverfield Lane




10 Cloverfield Lane ma szansę zostać jednym z najlepszych filmów tego roku. Robi piorunujące wrażenie, i zaskakuje równie przyjemnie jak dwa lata temu udało się to Whiplash, a rok temu Ex Machina. Czemu o tym piszę? Te trzy jakże różne filmy łączy świeżość w podejściu i niesamowita siła przebicia ich twórców zarówno na poziomie obrazu jak i opowiedzianej historii. I nawet jeśli wysiłki marketingowe Abramsa w roli producenta, które skłaniały nas do myślenia, że mamy do czynienia z kolejną odsłoną słynnego Cloverfielda(2008)[1] były nieco zbyt na pokaz, to pieniądze z reklamy na pewno się zwrócą, bo na ten film opłacało się wydać każdego centa.



Reżyserski debiut Dana Trachtenberga, okraszony fenomenalnym scenariuszem Matthew Stueckena, Josha Campbella i Damiena Chazelle(jego wyróżniłbym najbardziej) zrobi wrażenie zarówno na miłośnikach kina grozy, jak i na fanach dobrego thrilleru czy wreszcie amatorach kina w którym prym wiedzie psychologia postaci i napięcie jakie się między nimi wytwarza. Oglądając ten film ma się wrażenie, że to kolejne rewelacyjnie zekranizowane opowiadanie[2] Stephena Kinga. Chodzi mi oczywiście o oddziaływanie przestrzeni na bohaterów dramatu, które zostało tutaj perfekcyjnie zespojone z ich charakterami. Mało tego film idealnie wpisuje się w słynne powiedzenie mistrza suspensu, Alfreda Hitchcocka, który mawiał że: film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć. To porzekadło wzięli sobie chyba aż nadto do serca twórcy 10 Cloverfield Lane, ponieważ ich film to nieprzerwana fala wstrząsów opartych na emocjach, podejrzeniach i tarciach między bohaterami. Nawet jeśli większość filmu dzieje się w niewielkim schronie, a akcji jest tutaj niewiele, to podobnie jak we wspomnianej Ex Machinie atmosfera dzieła Trachtenberga zagęszcza się z minuty na minutę nie pozostawiając czasu na nudę. Co prawda w połowie filmu następuje swojego rodzaju rozładowanie napięcia, to jednak wciąż czujemy, że pod powierzchnią pozornie gładkiego jak lustro jeziora czai się wir, który może nas w mgnieniu oka wciągnąć z powrotem w otchłań szaleństwa. Takie chwilowe odprężenia, są bowiem w idealnym momencie przełamywane nowymi szokującymi odkryciami czy sytuacjami jakie wyniknęły między bohaterami. Całą elektryzującą widza atmosferę jaka płynie z obrazu wypełnia prosta, aczkolwiek utrzymująca nas w niepewności muzyka Bear McCreary’ego, znanego z komponowania muzyki do znanych seriali jak Battlestar Galactica, czy The Walking Dead.



            Kolejną mocną stroną 10 Cloverfield Lane jest bez wątpienia obsada. I bez tego, że postaci dramatu są po prostu świetnie napisane, cała nasza shelter’owa rodzinka z Johnem Goodman’em(Howard) na czele zagrała fenomenalnie. Mary Elizabeth Winstead(Michelle) oraz John Gallagher Junior(Emmet) stworzyli kreacje do których widz bardzo szybko się przywiązuje i których emocje może odczuć niemalże na własnej skórze. Stary, dobry John Goodman przypominał mi natomiast swoją rolę z filmu braci Cohen, Barton Fink(1991), w którym zagrał równie pokręconego co Howard, Charlie’go Meadows[3]. W 10 Cloverfield Lane, Goodman daje z siebie naprawdę wszystko(a może ta rola po prostu na niego czekała?), a jego gra potrafi skutecznie zwieźć widza, sprawiając, że nawet najczujniejszy z Was w końcu zacznie zadawać sobie pytanie: czy to wszystko w ogóle może się dziać?
I to właśnie prawdopodobieństwo wszystkich przedstawionych zdarzeń staje kluczem do całej tej historii – nawet do jej niezwykłego zakończenia[4]. Pogmatwanej, utrzymującej nas w ciągłej niepewności, ale w jakichś niewytłumaczalny sposób prawdopodobnej. Bowiem na dziesiątej alei Cloverfield, wszystko jest możliwe…

Ocena: 6/6
Recenzja ukazała się również na portalu Grabarz Polski









[1] Nie jest to oczywiście do końca przekłamany chwyt marketingowy, tak więc ci z Was, którzy liczą na mały powrót do tematu nie będą czuli się zawiedzeni.
[2] Celowo odnoszę się do opowiadań, nie do powieści Kinga. Były one bowiem rzadko kiedy porządnie przenoszone na ekran.
[3] Do końca życia nie zapomnę sceny, w której Goodman biegnie przez płonący hotelowy korytarz krzycząc „I will show You the life of the mind!”, aby w następnej scenie wypalić facetowi z obrzyna w twarz.
[4] Samo zakończenie filmu nieco burzyło mi całą jego koncepcję, ale rozumiem, że zabiegi marketingowe, oraz „3 grosze” Abramsa jako producenta musiały zrobić tutaj swoje. Samo w sobie zakończenie nie jest złe, wytrąca jednak nieco z równowagi i może zostawiać mały niesmak dla niektórych widzów. Gwarantuję jednak, że tym z Was, którzy słusznie dopatrują się czegoś w tytule Cloverfield, znajdą w końcówce filmu Trachtenberga coś dla siebie.

czwartek, 4 lutego 2016

Nienawistna Ósemka, czyli o gwoździach, szkatułkach i macguffinach według Quentina Tarantino.



            Zacznę nietypowo jak dla recenzji filmu, bo od zwrócenia uwagi na jego ścieżkę dźwiękową. W The Hateful Eight(2015), najnowszym filmie Quentina Tarantino[1] - który ma szansę pozostać w pamięci fanów reżysera, jako perełka w jego filmowej koronie - po raz kolejny, po burzliwym artystycznym rozstaniu się obu panów[2], mamy okazję słuchać wirtuozyjnych utworów Ennio Morricone. To właśnie one, wespół z fenomenalnym umysłem reżysera takich filmów jak Reservoir Dogs(1992) oraz Pulp Fiction(1994), a także olśniewającymi zdjęciami Roberta Richardsona JFK(1991), Aviator(2004), prowadzą nas przez paranoiczny, elektryzujący obraz. Morricone perfekcyjnie ujmuje zmieniające się stany bohaterów, przy czym nie pozwala nam zapomnieć, że są oni o krok od rzucenia się sobie do gardeł. Warto zauważyć, że to swojego rodzaju powrót mistrza, który komponuje muzykę do westernu po raz kolejny od przeszło trzydziestu lat! Swoją muzyką[3] podtrzymuje napięcie i ilustruje to co dla widza niewidzialne gołym okiem, a samą już uwerturą zapowiada niezwykłe przedstawienie jakiego ten będzie mógł doświadczyć.
The Hateful Eight, uderza mistrzowskim połączeniem westernu z suspensem na poziomie, którego nie powstydziłby się sam Alfred Hitchock. Nie zabrakło tutaj niczego z charakterystycznego stylu Tarantino: brutalność słowna i fizyczna; absolutne ignorowanie poprawności politycznej; charakterystyczni bohaterowie o podwójnej moralności; motywy zemsty i naturalnie silnie zarysowany pastisz wszelkich odmian, który sięga od samej promocji filmu po jego ostatnie sekundy na taśmie na której został uwieczniony. Słowem, wszystko na swoim miejscu – wszystko to za co kochamy pana Tarantino. Bardzo podobała mi się forma, zapożyczona(niemal dokładnie) z westernów dyliżansowych, a jednak nieco rozwinięta. Akcja takich westernów miała formę szkatułkową i w The Hateful Eight, bardzo wyraźnie można to dostrzec: najpierw bohaterów zamyka się dosłownie w dyliżansie, a później w niewielkiej przestrzeni jaką staje się w tym przypadku pasmanteria Minnie[4](Dana Gourrier). Pikanterii temu zabiegowi daje każda scena, w której bohaterowie muszą dobijać zepsute drzwi gwoźdźmi, co skojarzyło mi się jednoznacznie z powiedzeniem „dobić ostatnią deskę do trumny”. Jak się okazało niewiele się w tej kwestii pomyliłem, choć w przypadku Tarantino było to do przewidzenia. Nie znaczy to oczywiście, że sam film jest przewidywalny. Gwarantuję, że w The Hateful Eight nie musicie się martwić o brak zaskoczenia czy nudę. Dzięki tempu akcji, oraz rozłożeniu napięcia, które nie słabnie od początku do końca filmu, mamy do czynienia z dziełem bardzo podobnym do The Rope(1948), Hitchocka – przynajmniej pod kątem wspomnianego tempa akcji oraz suspensu i napięcia, które prześladuje nas przez cały czas projekcji filmu. Ponadto, zarówno The Rope, jak The Hateful Eight, są bardzo teatralne[5]: pamiętajmy, że Hitchock[6] kręcił swój film z zamiarem pokazania go w jednym długim ujęciu; Tarantino natomiast poważnie rozważa przełożenie swojego obrazu na deski teatru.



Kolejnym zaskoczeniem - pomijając sam fakt, że film w ogóle został ukończony[7] - okazał się wybór nośnika dla filmu, którym stała się taśma 70mm. Nieco archaiczna, zwana „królewskim formatem”, była używana głównie do pokazywania dzieł monumentalnych, historycznych, lub mających robić większe wrażenie niż reszta obrazów (dziś jest już niewiele kin, które posiada przystosowane do niej projektory, a jeszcze mniej jest zapewne operatorów tychże urządzeń). Taśma 70mm była swojego czasu odpowiedzią na wynalezienie telewizji: należało przyciągnąć widzów do kina nowym, większym formatem, który byłby atrakcyjniejszy od domowego odbiornika. W The Hateful Eight format ten sprawdził się doskonale, pozwalając po raz kolejny rozwinąć skrzydła Richardsonowi, który zamknął i tak już ciasne filmowe przestrzenie w przepięknych krajobrazach Wyoming. Szerokie ujęcia przydały się również dla ujęć wewnątrz miejsca akcji, tak aby przy niektórych scenach widz miał lepsze rozeznanie w całym planie akcji. Brak w The Hateful Eight charakterystycznych scen pozycjonujących kręconych z góry, Tarantino zastępuje je właśnie szeroką perspektywą. Sam Tarantino podkreślał fakt, że: obraz jest dzięki temu nie tyko o wiele szerszy od tych, które oglądamy zwyczajowo w kinie, ale również uwydatnia się na nim więcej szczegółów.
Podczas publicznych odczytów powieści, na którą Quentin Tarantino miał zamiar przerobić swój scenariusz wystąpiło kilku aktorów, którzy później pojawili się finalnie w wersji filmowej. Ostateczny dobór ról okazał się bardzo trafiony, a każdej postać pojawiającej się w filmie udało się dodać do obrazu nieco rumieńców. Każdy aktor otrzymał niepowtarzalną i bardzo charakterystyczną rolę, a także starał się wybić kunsztem nad pozostałych kolegów po fachu[8]. Tarantino zestawia ze sobą bohaterów na zasadzie kontrastów, co jest również silnym elementem westernu, którego pastiszu dokonuje reżyser. I tak oto, major Marquis Warren(Samuel L. Jackson) poza oczywistym faktem tego, że jest czarnoskóry, będzie wchodził w wyraźne zatargi ze sprawiającym wrażenie przygłupa, młodym szeryfem Chrisem Mannix’em(Walton Goggins) oraz generałem Sandy Smithers’em(Bruce Dern) przez to chociażby, że podczas wojny walczyli po przeciwnych stronach barykady. Major Warren[9] mógłby uchodzić za bohatera, który gra tutaj pierwsze skrzypce, ale tak naprawdę każdy, nawet najmniejszy występ w tej całej historii jest nieodzownym elementem większej całości przez co granica między rolami pierwszo, a drugoplanowymi potrafi się skutecznie rozmywać. Nieco innym zestawieniem charakteryzuje się para: Warren – John Ruth „The Hangman”(Kurt Russell[10]), obaj panowie są łowcami nagród i mają podobne poglądy, ale każdy z nich zupełnie inaczej czyta listy gończe kończące się hasłem „żywy, lub martwy”. Takich zestawień w filmie można doliczyć się jeszcze kilku, a każde ma swoją małą, unikatową historię. Jak zwykle jednak nie opiszę wszystkiego żeby nie zepsuć nikomu zabawy. Każda para, lub grupa, która zawiązuje koalicje lub spisek podczas tej fatalistycznej schadzki elektryzuje atmosferę filmu nie pozwalając nam oderwać wzroku od ekranu nawet na chwilę. Ze wszystkich aktorów najbardziej podobała mi się jednak postać diabolicznego brytola, Oswaldo Mobray’a, zagrana przez Tim’a Rotha(czarujący, zaskakujący i przezabawny… aż do końca). Wesołym dodatkiem do całej nienawistnej ferajny okazali się być także woźnica, Ed(Lee Horsley) i signor Bob(Demian Bichir), których perypetie pozwalają widzowi na krótkie złapanie oddechu przed kolejnym zanurzeniem się w szaleństwo pozostałych bohaterów. Dopełniająca całość rola Daisy Domergue(J. J. Leigh), również była przekonująca, ale zastanawiam się czy nie aby wyłącznie przez, to że była to jedyna większa rola kobieca w filmie – nie przeceniałbym jej, ale również nie deprecjonował, gdyż jest ona swojego rodzaju kluczem do całej tej misternie skonstruowanej szkatułki. Zdecydowanie najmniej przypadły mi do gustu postaci Jody’ego(Channing Tatum), oraz Joe Gage’a(Michael Madsen), który mimo, że przewijał się przez ekran dość często nie zaprezentował sobą niczego porywającego – zupełnie nie rozumiem skąd ten brak energii. Tak czy inaczej charakteryzacja, dialogi i zachowanie postaci występujących w filmie tworzyły spójną całość i nie budziły większych wątpliwości.



Kwestii rasowych, jakie ostatnio targają Fabryką Snów nie mam zamiaru poruszać, jednak nie dopatrywałbym się w The Hateful Eight wielkich porachunków w tej materii – mimo wszystkich złośliwych uwag. W ostateczności można się tutaj dopatrzeć pewnego rodzaju rewizjonizmu historycznego[11], którego Quentin Tarantino dokonywał już w swoich wcześniejszych filmach jak Inglorious Basterds, czy Django. Nie jest to nic nowego dla reżysera, który stara się od jakiegoś czasu pokazywać nam coś więcej niżeli tylko oderwaną od rzeczywistości filmową historyjkę i na swój sposób oferuje nam zadośćuczynienie krzywd. W swoim ósmym filmie Tarantino podkreśla pewne palące kwestie, ale jakie i czy istotnie są one aż tak drażliwe, to już sami ocenicie wybierając się do kina. Film polecam wszystkim, nie tylko wiernym fanom artysty.

Ocena: 5/6




[1] To już ósmy film pana Tarantino, który zarzeka się, że stworzy ich maksymalnie dziesięć. Jeśli każdy kolejny będzie lepszy, lub nawet równy tym, które reżyser już stworzył, to należy mocno trzymać kciuki, żeby zmienił swój zamysł i kręcił do końca świata i o jeden dzień dłużej.
[2] Morricone, który znany jest z komponowania muzyki do takich klasycznych spaghetti westernów jak The Good, The Bad And The Ugly(1996), po realizacji ścieżki dźwiękowej do filmu Inglorious Basterds(2009), stwierdził, że nie chce już współpracować z Tarantino gdyż ten nie daje mu za wiele czasu na skomponowanie odpowiedniej muzyki, a tę którą już stworzył umieszcza w filmie bez żadnej konsekwencji. Podejrzewam, że sławny maestro zgodził się ułożyć muzykę do The Hateful Eight głównie ze względu na to, że po raz pierwszy użył dla Tarantino pełnej orkiestry włączając w to również chór, oraz mógł napisać pięćdziesiąt minut muzyki wyłącznie na potrzeby tego jednego filmu – należy pamiętać, że Tarantino unika jednorodnej ścieżki dźwiękowej w swoich filmach i woli raczej zapożyczenia i zbitki różnych utworów z innych produkcji. Tu również ich nie brakuje, ale zdają się one być raczej hołdem, bądź pojednawczym gestem ze strony reżysera dla wielkiego kompozytora.
[3] Polecam artykuł, który rzuca nieco światła na poszczególne utwory z The Hateful Eight, oraz pokazuje nieco wcześniejszych zapożyczeń:
http://www.flickeringmyth.com/2016/01/7-badass-tracks-from-ennio-morricones-the-hateful-eight-score.html
[4] Yohei Taneda(scenograf), o pasmanterii Minnie: https://www.youtube.com/watch?v=2USAOZ1odY8
Przestrzenie ukazane w filmie istotnie są bardzo hermetyczne, lecz nie wydają się obce dla widza poprzez stosowany przez reżysera pastisz. Są one znane, podobne, do tego co widz mógł oglądać wcześniej w podobnych produkcjach. Przez taki zabieg Tarantino uzyskuje pewien spokój, który pozwala mu grać na widzu, zaskakując go i wywołując jego podejrzenia.
[5] Ośmielę się również wtrącić, że oba filmy mogą wydać się nudne tylko osobom absolutnie zagubionym w totalnie współczesnych środkach kina mainstreamowego(które zaczyna sprowadzać swój wątpliwy kunszt w stronę prymitywnej atrakcji), lub podchodzącym do tego typu dzieł z dużą dozą ignorancji.
[6] A skoro już o moim ulubionym reżyserze mowa, to nie mogę pominąć jeszcze jednego związku Hitcha z Tarantino: w The Hateful Eight zauważyłem również macguffin’a! Nie jest to może nic dziwnego dla Tarantino, wcześniej mieliśmy bowiem katany, walizki czy diamenty. W ósmym filmie Quentina macguffin’em staje się moim zdaniem list Lincolna, który wiezie ze sobą major Marquis Warren(Samuel L. Jackson). Nie jest to może idealny przykład, moim zdaniem jednak pasuje do tego pojęcia i jego funkcjonalności dla całego filmu.
[7] W 2014 roku scenariusz filmu trafił do sieci, w skutek czego Tarantino ogłosił, że nie będzie realizował filmu na jego podstawie. Opublikował go i 29 kwietnia 2014 roku przedstawił podczas czytania w hotelu Ace w Los Angeles. W miesiąc później wrócił jednak do pomysłu realizacji filmu, którego pierwsze zdjęcia odbyły się w Kolorado 8 grudnia jeszcze tego samego roku. Jak widać dziesiąta muza potrafi być bardzo zmienną kochanką. A może to po prostu chwyt reklamowy? Sami oceńcie.
Po zatwierdzeniu, że film zostanie jednak nakręcony Tarantino zapowiedział serię roadshows z uwagi na jego promocję. Polecam oficjalny materiał: http://thehatefuleight.com/roadshow
[8] Pamiętajmy, że Jennifer Jason Leigh została nominowana do Oscara właśnie za rolę w The Hateful Eight.
Producentka Stacey Sher, o roli J.J. Leigh jako Daisy Domergue: Była nieustraszona. Starała się wszelkimi możliwymi drogami i na wszelkie możliwe sposoby wykorzystać do maksimum potencjał swojej postaci. Dzięki temu Daisy jest tak przekonująca i zaskakująca w każdej swojej scenie.
[9] Ja dopatrzyłem się w postaci Warrena, Doyle’owskiego Sherlocka Holmesa, ale podobało mi się również porównywanie go do Herkulesa Poirot, Agathy Christie. Zaiste jego spostrzegawczość i ostrożność nie zostawiają większych złudzeń co do tego czym mógł kierować się Tarantino tworząc tę postać.
[10] Nie mogę nie zgodzić się z opiniami amerykańskich filmoznawców, którzy słusznie zauważyli podobieństwo postaci Russella do kreskówkowego Yosemite Sam’a – wąsiska i szorstki charakter; trafione w dychę.
[11] Bardzo trafnie ujął ów rewizjonizm w swojej recenzji dla New York Times, Oliver Scott, którego recenzję gorąco polecam zainteresowanym: http://www.nytimes.com/2015/12/25/movies/review-quentin-tarantinos-the-hateful-eight-blends-verbiage-and-violence.html?_r=2

wtorek, 19 stycznia 2016

Z Brukseli do Raju przez pralkę. Czyli jak nasi zachodni sąsiedzi odnajdują Boga i piszą własny Zupełnie Nowy Testament



               Zupełnie Nowy Testament, Jaco Van Dormaela i Thomasa Gunziga, to gratka dla wszystkich którzy chcieliby odpocząć od sztampowych, mainstreamowych produkcji i zanurzyć się w nieco bardziej wymagające, aczkolwiek przystępne i rozwojowe kino. Będzie to również doskonała rozrywka dla każdego kto zachowuje zdrowy dystans do spraw związanych z religią oraz stanem ducha w jakim aktualnie znajduje się ludzki gatunek. Komediodramat[1] koprodukcji Belgów, Francuzów i Luksemburczyków odnosi się bowiem do każdego z nas, pomimo, że operuje dość skrajnymi przykładami w jakich widz może siebie dostrzec.
Pierwsze skrzypce gra tutaj mała Ea(Pili Groyne), córka Boga(Benoit Poelvoorde), który okazuje się być zgorzkniałym, okrutnym dziadem. Jego najlepsza rozrywka to znęcanie się nad swoją rodziną i całą ludzkością. Ea i jej matka(Yolande Moreau) nie mogą opuszczać mieszkania, a wejście do gabinetu ojca, skąd kieruje losami naszej małej planety jest surowo zakazane. W telewizji mogą one oglądać jedynie sport, a i tu pojawiają się kluczowe różnice, gdyż matka Ei wolałaby baseball, a jej ojciec hokej. Pewnego dnia, po zakradnięciu się do gabinetu Boga, Ea wreszcie odkrywa prawdziwą naturę swojego ojca i decyduje się w ślad za starszym bratem, JC(David Murgia) uciec z domu. Sprytna Ea postanawia również zebrać własnych apostołów, a żeby lepiej utrzeć ojcu nosa miesza mu w komputerze ujawniając daty zgonów każdego człowieka na świecie, zaś liczbę apostołów postanawia zwiększyć do 18[2](jak w drużynie baseball’owej, której nie znosi Bóg). Od tej chwili nic już nie będzie takie samo, a świat ogarnie prawdziwe szaleństwo, w którym rezolutna Ea będzie musiała odnaleźć zarówno swoich nowych apostołów, ale i samą siebie.



Ci apostołowie to przypadkowe osoby, których dane Ea znajduje pospiesznie w gabinecie Boga. W ten sposób kolekcjonuje ona drużynę sześciu różnych od siebie osób oraz skrybę, który będzie miał za zadanie spisać Zupełnie Nowy Testament. Pierwszą osobą, którą spotyka Ea jest bezdomny, z którego dziewczynka czyni skrybę. Nic sobie nie robi z tego, że poczciwy Victor(Marco Lorenzini) jest dyslektykiem i co rusz będzie pytał jak pisze się poszczególne wyrazy. Skoro JC mógł dać szansę „bandzie otumanionych hipisów[3]”, to czemu ona nie miałaby spróbować dać szansy jakiemuś dziwakowi? Victor nie ma być jednak apostołem, ale jego rola prócz skryby sprowadza się również do swoistego rodzaju przewodnika Ei po świecie ludzi. Wydaje się on również najczystszą po Ei postacią ukazaną w filmie. Nie wie kiedy umrze, a jego potrzeby są minimalne. Nawet gdy okazuje się, że był w więzieniu, Ea tłumaczy nam, że było to niesłuszne oskarżenie, a wyrok odcisnął na biedaku tak wielkie piętno, że w obawie przed zamknięciem w celi musi on spać pod gołym niebem. Kolejną osobą mającą pomóc Ei w spełnieniu jej boskiego planu zostaje Aurelia(Laura Verlinden). Okaleczona piękność, która przez swoją urodę, paradoksalnie skazana jest na ostracyzm społeczny i miłosne odrzucenie. Niczym Maria Magdalena w osobie Jezusa, Aurelia odnajdzie w Ei ukojenie i drogę ku lepszemu życiu. Drugim apostołem zostaje klasyczny, zarobiony przedstawiciel klasy średniej, Jean-Claude(Didier De Neck), który po otrzymaniu wiadomości z datą swojej śmierci, postanawia rzucić wszystko w diabły i zacząć wreszcie żyć. Ten wiecznie nieobecny apostoł jest bardzo ważny dla przesłania całości obrazu: jego postać przypomina widzowi o kontraście jaki zachodzi między naturą a kulturą, człowiekiem a światem w jakim przyszło mu egzystować. Ukazuje również jak pięknie można żyć, gdy tylko odrzuci się doczesne potrzeby, za którymi ludzie giną bez pamięci i zatracają samych siebie.
Jak na razie wydaje się dość normalnie i przewidywalnie prawda? W tym filmie nie można się jednak dać zwieźć pozorom. Nie jest on tak nudny jakby się mogło do tej pory z mojego opisu wydawać. Jest rewelacyjnie przewrotny i potrafi zaskoczyć mocnymi, pięknie skomponowanymi scenami, oraz niezwykłymi postaciami za których powierzchownością zawsze kryje się coś więcej.
I tak oto kolejnymi apostołami zostają Marc(Serge Lariviere), maniak seksualny; Martine(Catherine Deneuve), żona bogatego biznesmana, który jednak po tym gdy dowiedział się, że będzie żył o wiele dłużej, odwrócił się od niej; Francois(Francois Damiens), morderca, były pracownik firmy ubezpieczeniowej; i na końcu Willy(Romain Gelin), chłopiec który postanowił zostać dziewczynką.
Nie chcę tutaj rozpisywać się dokładnie na temat wszystkich kluczowych postaci żeby nie psuć nikomu zabawy z oglądania filmu, nie da się jednak nie zauważyć, że pomimo różnic jakie ich dzielą, wszystkim w życiu wyraźnie brakuje miłości. Są to prości ludzie, którzy niszczeni przez wymyślne Boże procedury staczają się, upadają i… raczej rzadko podnoszą, lub choćby próbują cokolwiek w swoim życiu naprawić. Błądzą w ciemności ogarnięci swoją przytłaczającą, zmarniałą egzystencją. Do czasu pojawienia się Ei i jej planu zmiany świata na lepsze. Bez Boga i jego tyranii. Możecie sobie jednak wyobrazić, że taka mieszanka charakterów i historii owocuje naturalnie w sporo zabawnych scen i masę niosących dodatkowe przesłanie dialogów. Jakby tego było mało Bóg nie poddaje się łatwo i stara się odnaleźć swoją niesforną córkę żeby przywrócić światu swój własny porządek.



Zupełnie Nowy Testament, to film do którego trzeba podejść, jak już pisałem, z duża dozą dystansu. Poruszane są tu kwestie inności, wykluczenia środowiskowego, religii oraz odwiecznych praw rządzących ludźmi i ich światem. Można by założyć, że w ujęciu jakie proponują nam Van Dormael i Gunzig dopatrzymy się również fundamentalnego pytania o, to co było pierwsze, jajko czy kura? Tutaj jednak pytanie owo kierunkujemy na wiarę i istnienie Boga. Czy to on stworzył nas, czy my jego? Nie jest to jednak film religijny ani nawet mający eksponować Boga i jego rodzinę jako swoich głównych bohaterów. Bohaterami pierwszoplanowymi są tutaj ludzie i ich losy. To w jaki sposób reagują na problemy mniejsze i większe. W oczywisty sposób nasuwają się przemyślenia o tym kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? Całość jest jednak podana w bardzo przyjemnej formie, która swoją rozrzutnością bije zarówno w proste kino atrakcji, jak poetyczne kino awangardowe. Film urzeka zarówno lekkością, jak i kunsztem zmontowania niektórych scen, takich jak scena pogrzebu czy koncert na dzikie ptaki w wykonaniu Jean-Claude’a. Wszystko okraszone muzyką klasyczną(Schubert, Handel, Rameau, Purcell) z domieszką lekkich kawałków popularnych w wykonaniu np. Charlesa Treneta.
To bardzo ciekawy i jak sądzę wartościowy film, godny obejrzenia na dobry początek 2016 roku. Potrafi z łatwością wzruszyć, jak i oburzyć widza, ale przede wszystkim rozbawić i dać do myślenia. Jeśli jeszcze zdążycie wybrać się do kina, to nie wahajcie się ani chwili.

Ocena: 4/6




[1] W naszym kraju uznano ten film za komedię, ale to absolutnie nietrafiona klasyfikacja.
[2] Na obrazie Ostatnia Wieczerza Leonarda da Vinci, widnieje 12 apostołów. W miarę jak Ea znajduje kolejnych swoich wyznawców, systematycznie pojawiają się oni na legendarnym płótnie. Jak stwierdza w filmie sam JC: Gruby numer dla starego!
[3] Tak o apostołach swojego syna wypowiada się Bóg, który całą misję JC traktuje jako chorą rewoltę przeciwko sobie samemu.

czwartek, 31 grudnia 2015

Przebudzenie mocy nową nadzieją fanów Star Wars



            25 maja 1977 roku to data znamienna dla całej historii kinematografii, i to nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale jak sądzę na całym Świecie(choć może w nieco większym odstępie czasu). Oto bowiem w środę poprzedzającą święto Memorial, w Amerykańskich kinach zagościł film Star Wars[1]. Od tamtej pamiętnej premiery wszystko miało ulec zmianie. Nie będę się jednak rozpisywał o praźródłach kultowej sagi[2], ani o jej pierwotnym twórcy, cudownym dziecku Hollywood’u, które zmieniło oblicze kinematografii swoich czasów i pomogło w dużej mierze stanąć Fabryce Snów na nogi[3]. Pewne jest, że ludzie na wspomnianej premierze byli niewątpliwie świadkami pewnego rodzaju kinematograficznego cudu, przewrotu, rewolucji w postrzeganiu kina, lub jak ktokolwiek by tego nie nazwał po prostu czegoś jedynego w swoim rodzaju. Gdy później okazało się, że można to powtórzyć, rozwinąć i stworzyć z pojedynczego filmu całe uniwersum, o którym on opowiada świat oszalał. Pierwsza fala tego szaleństwa swoją kulminację osiągnęła w sześć lat po premierze czwartego epizodu, gdy w kinach ukazał się, mający kończyć całą historię epizod szósty Return of the Jedi. Do tego czasu Star Wars zyskało sobie tak ogromną liczbę fanów, że nawet w kilka lat po premierze ostatniej jakby się mogło wydawać części, popularność fascynującego uniwersum nie malała. Przechodziła ona na kolejne pokolenia fanów, którzy zaczynali zachodzić w głowę czy dane im będzie powrócić jeszcze do ukochanej galaktyki. I to nie tylko w książkach czy komiksach, ale w filmach[4]. Niezliczone tworzone przez fanów filmiki nie dawały rzecz jasna tego samego efektu, jaki Star Wars nadała ręka ich twórcy[5]. Wreszcie w roku 1997 LucasArts w celu uczczenia dwudziestolecia kultowej już wtedy trylogii wydało jej usprawnioną wizualnie edycję. Kina znów zatrzęsły się w posadach ponieważ rzesze fanów powiększyły się kilkukrotnie od roku 1977, a po premierach w 1997 miały zostać wzmocnione o nowe pokolenia miłośników odległej galaktyki – w tym choćby mój rocznik[6]. W niedługim okresie czasu rozeszło się, że Lucas planuje wielki powrót do swojej kosmicznej sagi, którą uzupełni o brakujące trzy epizody. Reżyser dotrzymał słowa, a plotki okazały się prawdą i tak oto w 1999 świat Star Wars wybuchnął na nowo z pełną mocą. Gry, komiksy, książki i cała otoczka Star Wars były na nowo dostępne na wyciągnięcie ręki, a co najważniejsze wraz z nową trylogią powróciły wszystkie elementy dawnego uroku Star Wars, zarówno pod względem estetycznym jak i marketingowym. Nie było to może to samo szaleństwo co po 1977, ale z pewnością wróciło życie w odległe zakątki galaktyki dając fanom możliwość ponownego przeżycia cudownej przygody. I nawet pomimo tego, że ostatni epizod „nowej trylogii” (jak przyjęło się mówić o częściach I-III), w dużej mierze zawiódł, to wierni fani nie odeszli od tego uniwersum i czekali…



            Wreszcie po długich szesnastu latach (licząc od premiery The Phantom Menace) doczekaliśmy się kolejnej części kosmicznej sagi. I to wszystko po szokującej informacji od samego Lucasa, który złożył już poniekąd broń i oddał swoje magiczne imperium w ręce Disneya.
The Force Awakens, było wyczekiwane przez widzów i fanów jak mało która premiera 2015 roku. Już na wstępie podkreślę, że ogromne nadzieje jakie były pokładane w tej nowej odsłonie Star Wars nie zawiodły, a obawy, które mieliśmy chyba wszyscy, zniknęły po premierze równie szybko jak flota Imperium po bitwie nad Endorem. J. J. Abrams uniósł ciężar jaki spoczął na jego barkach. Dzięki jego energicznemu stylowi kręcenia filmów, oraz nawykowi stwarzania ich według swojej wizji de novo[7](Star Trek; Mission Impossible) również Star Wars po wielu latach mogły ponownie nabrać rumieńców i stać się interesujące dla widzów. Nowe Star Wars to zupełnie świeża idea, stylizacja, można by powiedzieć, że to nowa jakość[8], której dał nam posmakować Abrams. Mam nadzieję, że to tylko próbka, a nie szczyt jego możliwości, lub kogokolwiek, kto zasiądzie na miejscu reżysera przy kolejnych epizodach.
Niektórych odrzuca fakt, że Disney zdecydował się zerwać z wcześniejszymi chronologiami i ustaleniami i budować uniwersum Star Wars zupełnie inaczej niż przewidywaliśmy po lekturach książek czy encyklopedii i podręczników[9]. Uważam, że dzięki temu uniwersum może rozwinąć się na nowo, nie tylko dla weteranów odległej galaktyki, ale przede wszystkim dla nowych poszukiwaczy kosmicznych przygód. Jest to naturalnie pewnego rodzaju policzek dla wszystkich, którzy zainwestowali ogromne fortuny we wszechświat Star Wars, jednak należy go przyjąć ze spokojem Jedi i poczekać na rozwój wypadków.
Pomimo nowej jakości jaką wprowadza Abrams znajdziemy naturalnie w epizodzie siódmym nawiązania, jak i rozwinięcia niektórych elementów z wcześniejszych części. Także o spójność całości nikt nie musi się martwić ponieważ zostało to połączone logicznie i w sposób w miarę płynny. Jedyne czego można się przyczepić w tej mierze jest wprowadzanie tych klasycznych elementów do nowego układu. Sokół Millenium, Han, Chewie i wiele innych mniejszych wątków i postaci zostaje w The Force Awakens wprowadzonych nieco na zasadzie deus ex machina. Rozumiem, że wiąże się to z tempem narzuconym na naszą filmową opowieść, ale przez to nie wyszło tak jakby tego oczekiwali twórcy – moim zdaniem. Zamiast zaskoczenia rodziło się we mnie raczej nieco zawiedzione przeczucie, że zrobiono to w dużej mierze na siłę.
To co mógł zauważyć każdy fan, to fakt, że epizod siódmy jest w ogromnej mierze wzorowany na epizodzie czwartym. W istocie plenery, akcje, postaci i ich wprowadzanie w odpowiednim czasie filmu, pojedynki, a nawet główna linia fabularna na której opiera się oś całości jest ogromną kalką New Hope. Generalnie The Force Awakens to dobrze wykonana kopia klasycznych Star Wars, podkreślam jednak – dobrze wykonana, bo w końcu jeśli już kogoś naśladować, to tylko najlepszych prawda? Abrams napompował galaktykę energią jakiej jej wcześniej brakowało. Zrobił to jednak nie bezmyślnie, ale z wyczuciem i ostrożnością jakiej brakowało już samemu Lucasowi przy kręceniu drugiego i trzeciego epizodu.
Część siódma w dodatku fenomenalnie przewraca o 180° pewne bardzo dobrze znane sceny z klasycznej trylogii[10]. Te proste zabiegi powodują bardzo przyjemne urozmaicenie – banalne, fakt, ale nie głupie, jak pospolite kalkowanie cudzych pomysłów.



            Nieco zaskoczyła mnie warstwa muzyczna. John Williams w tym wypadku stworzył muzykę o wiele spokojniejszą, cichszą zdawałoby się i mniej ilustrującą niż zazwyczaj[11]. Nie mam tego za złe, ale na pewno było to zaskoczenie. W ścieżce dźwiękowej The Force Awakens pojawiają się silne, klasyczne motywy, jak i zupełnie nowe brzmienia. Nie ma jednak w niej żadnego elementu, który by silnie zapadał w pamięć jak wcześniejszy Imperial March czy choćby Victory Celebration. Sprowadzam to jednak do faktu, że to dopiero pierwszy epizod nowej trylogii i musi się zwyczajnie rozkręcić[12].
            Dobór aktorów (poza tymi już doskonale nam znanymi rzecz jasna) był dość trafny, choć miałem nieodparte wrażenie, że nieco przegina się z ich brakiem doświadczenia i młodzieńczą naiwnością. W dodatku ich zachowania często były bardzo radykalnie skontrastowane. Czasem wydawało mi się, że postaci zachowują się przez chwile jak dzieci we mgle, by w następnej scenie podejść do problemu jak prawdziwi profesjonaliści. Coś w tej układance zwyczajnie bije w oczy. I tak dla przykładu rozbudzanie się mocy w Rey(Daisy Ridley) w wielu momentach wyglądało znów jak działanie spod znaku deus ex machina. Kylo Ren(Adam Driver) zachowywał się jak rozwydrzony bachor, a co najlepsze miał problemy w walce na miecze z Finn’em(John Boyega), który w siódmej części wydaje się pełnić rolę kultowego już i obśmianego ze wszech miar Jar Jar Binksa – nie, nie martwcie się Jar Jar nie pojawia się w tej części i nie jest lordem sithów J. Można to wszystko tłumaczyć młodym wiekiem wszystkich nowych głównych bohaterów, pamiętajmy jednak, że Luke też kiedyś zaczynał i w cale nie musiał z siebie robić głupka[13]. Wszystko to sprowadza się jednak do faktu, że nie mogę się doczekać kiedy ci bohaterowie nieco wydorośleją i stoczą prawdziwą walkę, a żywię ogromną nadzieję, że tak właśnie będzie.
            Star Wars The Force Awakens to jak już pisałem nowa jakość, w której dość zręcznie przemycono wiele klasycznych elementów, pielęgnując je i rozwijając; pozwalając im na nowo ożyć dla wszystkich fanów uniwersum Lucasa. Ten film to nowa nadzieja dla wszystkich, którzy chcieli wrócić do czasów swojego dzieciństwa i nie ukrywam, że w tej recenzji obiektywny zwyczajnie być nie mogę. Zawsze mawiam, że Star Wars, to tylko Star Wars, albo aż Star Wars. Niektórzy filmoznawcy twierdzą, że to tylko komercja, puste kino atrakcji, które ma za główny cel oskubać widza i napompować kiesy twórców. Być może w pewniej mierze tak jest, jednak nie wolno ulegać podobnym twierdzeniom ignorantów, którzy widocznie zapomnieli jak wiele mocy kulturotwórczej przyniosło ze sobą uniwersum Star Wars. Poza tym nie można obarczać twórców za ich sukces. Ludzie dobrowolnie chcieli tworzyć kolejne, własne opowieści, nawet jeśli Star Wars działa silnie uzależniająco. Pisali książki i kręcili krótkometrażowe filmy i animacje. Dla wielu film stał się prawdziwym dekalogiem zachowań jak i galerią ludzkich osobowości. To nie słowa fanatyka, ale uważnego obserwatora, który również przez wiele lat był i jest nadal częścią tego wszystkiego. Nowego epizodu czepiać się naturalnie będą niektórzy zatwardziali weterani starego porządku, lub zwyczajnie hejterzy, moim zdaniem należy jednak poczekać bo The Force Awakens będzie można finalnie ocenić dopiero po ukazaniu się kolejnego epizodu, a kto wie, czy nie dopiero wówczas gdy zbierzemy już pełną nową trylogię? Na dzień dzisiejszy otrzymaliśmy dzieło, które było warte oczekiwania i które wskrzesiło żywą dyskusję i zainteresowanie Star Wars. Kolejnych kilka lat w atmosferze domysłów, oczekiwania i kolekcjonowania nowinek rysuje się bardzo malowniczo. I tak jak młodym bohaterom, którzy godnie zastępują swoich wielkich poprzedników, tak Star Wars The Force Awakens należy dać czas na udowodnienie pewnych pokładanych w nim nadziei.

Ocena: 6/6

Na zakończenie tego roku chciałbym Wam wszystkim bardzo serdecznie podziękować za zaglądanie tutaj i czytanie moich recenzji. W nadchodzącym roku 2016 życzę Wam wszystkim kochani, zdrowia, szczęścia i spełnienia postanowień noworocznych! Szmpańskiej zabawy i niech moc będzie z Wami!

Recenzja ukazała się również w skróconej wersji na portalu Grabarz Polski





[1] Lucas spodziewał się zysków rzędu 16 milionów dolarów, ale film przerósł jego najśmielsze oczekiwania zarabiając już w osiem tygodni później sumę 54 milionów dolarów, a po pierwszym okresie dystrybucji kinowej, bagatela 125 milionów dolarów! Środę przed Memorial Day nazwano później Dniem George’a Lucasa.
[2] Jeśli Chcecie lepiej poznać klasyczną trylogię i wszystkie jej techniczne oraz realizatorskie niuanse, to gorąco polecam Wam książkę Olivera Denkera Gwiezdne Wojny. Jak powstawała kosmiczna trylogia. To naprawdę bezcenne źródło wszelkich informacji z planu przed, w trakcie oraz po zakończeniu zdjęć do każdego z klasycznych epizodów Star Wars.
[3] Lucas nie był oczywiście jedynym, który przyczynił się do ukształtowania New Hollywood. Należy pamiętać słowa Orsona Wellesa, który stwierdził, że Hollywood lat siedemdziesiątych to „starsza znerwicowana dama, koniecznie potrzebująca kogoś, kto by ją podtrzymywał”. Tym kimś mieli być młodzi reżyserzy, autorzy scenariuszy filmowych i realizatorzy, szkoleni dla Hollywood w amerykańskich akademiach filmowych. Drogę utorował im Easy Rider Dennisa Hooppera. Grupa, którą później okrzyknięto mianem New Hollywood, to przede wszystkim: Francis Ford Coppola (Deszczowi ludzie; Ojciec chrzestny), Paul Mazursky (Alicja w krainie czarów), Peter Bogdanovich (Ostatni seans filmowy), Bob Rafelson (Pięć łatwych kawałków), Steven Spielberg (Sugarland Express), Martin Scorsese (Mean Streets), John Milius (The Wind and the Lion), Terrence Malick (Badlands), Brian de Palma (Phantom of the Paradise), John Hancock (Bang the Drum Slowly), Michael Richie (Smile), i wreszcie George Lucas (American Graffiti).
Piszę o tym żeby silniej podkreślić zamieszanie jakie miało miejsce po premierze i przeliczeniu zysków z Gwiezdnych Wojen. Przemysł filmowy zaczął sobie zdawać sprawę, że na gadżetach i zabawkach również można zbić majątek, a co najważniejsze do lamusa odeszło przekonanie, że z filmem s-f nie można odnieść sukcesu. To było prawdziwe przewartościowanie systemowe w Hollywood.
[4] Wychodziły naturalnie telewizyjne i kinowe serie z Ewokami, rewie na lodzie, animacje i kreskówki etc., ale nie było to jednak to samo co pełnometrażowy film skupiony na nowych przygodach ulubionych bohaterów, lub po prostu rozwijający jakieś nowe tematy. Ukazywały się chronologie i opisy postaci, statków, planet, które w znacznym stopniu przyczyniły się do ugruntowania wiedzy i poszerzenia uniwersum Star Wars. Wszyscy jednak czekali na kolejny film ze stajni LucasArts. Tym bardziej, że trwał zagorzały wyścig między fanami Star Wars a Star Trek. Każdy chciał mieć swój film. Nowy film.
[5] Fan-movies w dużej mierze były napędzane przez ukazujące się z dużą częstotliwością gry komputerowe. Wprowadzały one na ekrany nowe postaci, lub nadawały filmowe życie tym o których mowa była w niezliczonej ilości literatury jaka ukazywała się pod marką Star Wars. Polscy fani również nie marnowali czasu. Pamiętam różne krótkie filmy nakręcone w klimatach Star Wars właśnie przez naszych rodaków. Jedne śmieszne, inne poważne. To doskonały dowód na to jak oryginalne filmy wpływały na ludzi – byli oni nie tylko biernymi widzami, chcieli mieć swój jak największy udział w świecie, który pokochali.
[6] Może gdybym jako pierwszy film obejrzał Star Trek moje myślenie dzisiaj byłoby zupełnie inne? Może wówczas studiowałbym nauki ścisłe, a nie humanistyczne? Kto wie? Jedno jest pewne, jako dziecko nie miałem najmniejszych szans żeby obronić się przed magią Star Wars, ale w cale tego nie żałuję. Te filmy pomogły mi ukształtować część siebie i za to je kocham. W cudowny sposób wpłynęły na dzieciństwo nie tylko moje, ale również moich najbliższych przyjaciół. Po tylu latach nadal udowadniają mi, że kino to istotnie forma magicznego wehikułu, który może nas w mgnieniu oka zabrać w najlepsze dla nas chwile.
[7] Żeby nie powtarzać tego co zostało już powiedziane, w dodatku nieco bardziej profesjonalnie niż bym mógł to sam ująć, polecę Wam film, który mówi nieco o tym w jaki sposób styl J. J. Abramsa mógł, i jak się okazało po premierze wpłynął, na nowe Star Wars
https://www.youtube.com/watch?v=fsp6fTtsey4
[8] Do tworzonego na nowo uniwersum Star Wars ma co roku dochodzić jeden film, który będzie opowiadał o wydarzeniach i postaciach z sagi. I tak oto mamy mieć możliwość śledzenia losów Dartha Vadera, Hana Solo czy choćby ekipy Rogue Squadron. Nie biorę tego wszystkiego za pewniak, bo wiem, że Disney może nas jeszcze zaskoczyć, ale skoro do tej pory dali radę, to zyskali moje zaufanie w tej kwestii. Pozostaje tylko cierpliwie czekać na nowe filmy, których tak bardzo nam wszystkim brakowało.
[9] Tym z Was, którzy mają podobne obawy przypomnę pewien spór jaki toczył się między Tolkienem i C. S. Lewisem. Otóż Tolkien(gorliwy katolik, mąż i ojciec) zdumiał się ogromnie gdy dowiedział się, że jego kolega po fachu w swojej książce umieścił na raz postaci pewnego Lwa, Czarownicy i Świętego Mikołaja, a na dodatek całą swoją fantastyczną opowieść okrasił wątkami religijnymi. Tolkien nie mógł pojąć jak można wypisywać podobne kalumnie i tak nadużywać wiary w Boga. Lewis odparł mu krótko: przypuśćmy, że. Ta odpowiedź po latach staje się nie tylko odpowiedzią na istnienie fantastyki, ale może być równie dobrą odpowiedzią na istnienie Boga. Bo przecież wiara, to również pewien zbiór domysłów i przypuszczalnych faktów, w które jeśli wierzymy, umacniają nas. Skoro Tolkien nie miał po tym nic do powiedzenia(a przyjął to jako dobrą odpowiedź), to ja również nie wątpię w podobne podejście do tematu. Przypuśćmy więc, że w odległej galaktyce jest miejsce na nowe, swobodnie się rozwijające uniwersum, które tchnie życie w jej skostniała strukturę i stanie się wartościową pożywką zarówno dla weteranów Star Wars, jak i dla zupełnie nowych zainteresowanych.
[10] Nie mogę chwilowo napisać dokładnie o jakie sceny chodzi, bo wiem, że część z Was jeszcze nie oglądała The Force Awakens i nie chciałbym zepsuć Wam zabawy. Dodam jednak wpis o tych ekranowych fikołkach pod koniec stycznia żeby nie zostać gołosłownym.
[11] Nikomu chyba nie trzeba przedstawiać tak wybitnego kompozytora muzyki filmowej jak Williams. W przypadku siódmej części Star Wars, artysta zdecydował się jednak na nieco inne rozwiązania. Muzyka nie jest już tak silnie podkreślona jak w pozostałych częściach. Jest mroczniejsza, spokojniejsza i przede wszystkim bardzo cicha. W niektórych scenach niemal niewykrywalna. Subtelnie prowadzi widza przez obraz, i nasyca go powodując napięcie.
[12] To się tyczy wielu elementów nowego filmu. Żywię nadzieję, że moje przeczucia są prawidłowe i ta chwilowa stagnacja niektórych elementów, lub ich zbyt wolny rozwój wynika wyłącznie z rozpędzania się fabuły i napięcia, jakie mają być rozłożone na trzy, a nie jeden film.
[13] Humor w części siódmej wraca do łask i znów nadaje rumieńców całości. Nie jest przesadzony, a niektóre zachowania postaci cudownie balansują na krawędzi śmiechu i powagi.

wtorek, 17 listopada 2015

Widmo Jamesa Bonda



            Nigdy nie sądziłem, że o filmie-marce, jaką z całą pewnością jest stworzony w 1953 roku przez Iana Fleminga agent specjalny James Bond, napiszę źle. Nie podejrzewałem również, że ktoś może być na tyle nieodpowiedzialny żeby taką serię zniszczyć. A jednak. Stało się. To chyba pierwsza recenzja jaką piszę z naprawdę ciężkim sercem. To jakby wydać wyrok na przyjaciela, ale cóż… skoro 007 posiada licencję na zabijanie, to ja sięgnę po swoją, na pisanie prawdy.
W Spectre(2015) skończyły się pomysły, sugestie i scenariusze, zaczęło[1] się wydziwianie, psucie konwencji i absurdalne zmienianie na siłę czegoś co samo w sobie jest idealne i skończone(jeśli chodzi o pewne formalne, obowiązkowe elementy, które wiążą się z postacią Bonda[2]). Naturalnie seria ma na koncie swoje słabsze odsłony o czym świadczą przychody z filmów z udziałem George’a Lezenby czy Timothy’ego Daltona, ale przecież Daniel Craig zbudował już sobie świetną pozycję jako Agent 007 i moim zdaniem przekonał widzów do siebie. Tym bardziej dziwi miałkość jego najnowszej aktorskiej kreacji[3]. Do tej pory udawało mu się pokazać Bonda w jego prywatnym, wyjątkowym wykonaniu. Podkreślił to najwidoczniej w Skyfall(2013) gdzie jego Bond został poniekąd zdemaskowany i sprezentowany widzowi z perspektywy niebywale dotąd bliskiej - to demaskowanie i odsłanianie ludzkich cech agenta rozpoczęło się oczywiście od pierwszego występu Craiga w Casino Royale(2006). To było do przyjęcia bez większych wątpliwości, ale czy wyobrażacie sobie, że film o 007 może być nudny? Cóż, jeśli nie, to zapraszam do kin. Ostrzegam jednak, że możecie doznać sporego szoku, lub w najlepszym wypadku zawodu.
            To za co należy pochwalić Spectre to solidnie zmontowane sceny walki i pościgów. Choć to marna pochwała, bo po tej serii oczekujemy tego w naturalny sposób. Do tych nielicznych zalet można zaliczyć jeszcze muzykę w wykonaniu Thomasa Newmana oraz piosenkę otwierającą, którą zaśpiewał Sam Smith, a do której przekonałem się, ale nie od samego początku. Dopiero analizując ją sobie w domu zwróciłem uwagę, że w sumie pasuje do całości obrazu. Nie jest to znów poziom Adele, ale jest do przyjęcia i ma szansę coś sobą ugrać. Naprawdę nie ma tutaj wiele więcej(choć tutaj podkreślę, że to oczywiście subiektywna opinia). Po prostu solidnie zrobiony film. Kolejna ładna, lecz niestety pusta szkatułka.
Potencjał aktorski był zaprawdę niesamowity, ale niestety zawiodłem się na całej linii i miałem nieodparte wrażenie jakby Bellucci i Waltz pokazali się w Bondzie tylko na zasadzie zdobycia fejmu, czy pstryknięcia sweet foci w fajnym miejscu. Katastrofalne marnotrawstwo wielkich nazwisk, ale kogo to obchodzi – widz dla nich pójdzie do kina, więc film zarobi swoje[4].
            Wracając do klasycznej konwencji, o której pisałem: w Spectre znajdziemy bez problemów te stałe fragmenty układanki, lecz nie stworzymy z nich pełnego, zadowalającego nas obrazu. Wszystkiego jest zwyczajnie za mało. Miałem wrażenie jakby cały film był robiony na przysłowiowe „pół gwizdka”. Pytanie, komu się nie chciało zrobić tego jak należy?



Idąc za tropem tytułu można stwierdzić, że kreacja postaci, pomysł scenariusza i jego przeniesienie na ekran dają jedynie cień, widmo tego za co kochamy świat Jamesa Bonda. Mało, że obraz jest przeciągnięty(senne, sentymentalne scenki z życia, które miały chyba na celu oddanie głębi postaci – całkowicie nieodczuwalne i chybione zabiegi), to rozwiązania jakie serwuje się nam w momentach napięcia są dziecinne, naiwne i daleko odstające od oczekiwanego poziomu. Po Skyfall każdy widz miał prawo domagać się czegoś spektakularnego, tymczasem otrzymaliśmy film do bólu przewidywalny, przeciętny i gubiący ducha całej serii. Zakończenie przybiło ostatni gwóźdź do trumny, ale o tym musicie się już sami przekonać. Od siebie dodam tylko, że było to po prostu niedopuszczalne i może się obronić jedynie jeśli ten 24 film ma być ostatnim, ale na to nie ma najmniejszych szans. Można zatem liczyć jedynie na to żeby kolejne filmy z Agentem 007 wróciły honor serii i dobre imię Jamesa Bonda.

Ocena: 2/6




[1] Zaczęło się dokładnie przy produkcji filmu Casino Royale(2006), kiedy to postanowiono de novo spisać biografię Jamesa Bonda.
[2] Pewnymi stałymi elementami w przygodach Bonda są oczywiście jego kobiety, samochody, drinki oraz nierozerwalny mariaż ze śmiercią . Do tego można zaliczyć jeszcze specyficzne poczucie humoru oraz jego wrogów i sojuszników, którzy również są w pewien sposób niezmienni. To wszystko buduje postać Agenta 007 nie tylko jako super szpiega, ale jako marki, symbolu, czegoś w rodzaju super bohatera. Tych elementów zwyczajnie nie wolno zmieniać, bo to właśnie je pokochali widzowie wiernie śledzący przygody Bonda.
[3] Szok jest tym większy, że osobiście uważam Skyfall(2012) za najlepszą w historii część Bonda(rekordowy przychód 1 108 561 008 $) – paradoksalnie poprzez zagranie odwróconą(ale jednak konsekwentną wobec klasycznej)konwencją.
[4] Ostatnimi czasy wydaje mi się, że coraz więcej produkcji bazuje na takim niskim poszanowaniu inteligencji widza i jego przyzwyczajeń. Niewybaczalne.