sobota, 10 października 2015

Vampire happens...



            What we do in the shadows opiera się na formie swobodnego reality-show. Już na początku filmu jesteśmy informowani, że będziemy mieć do czynienia z formą dokumentu. Wraz z ekipą telewizyjną wkraczamy do domu czwórki charakterystycznych, różnych od siebie, bohaterów, którzy są wampirami. Nie ma się jednak czego obawiać bowiem chronią nas krzyże i zapewnienia gospodarzy o naszym bezpieczeństwie – szaleństwo? Może, ale czego się nie robi żeby zdobyć dobry materiał. Tym bardziej, że nie co dzień ma się okazję spotkać skorego do rozmowy i wyjawienia swych sekretów wampira. W ten sympatyczny i niecodzienny sposób poznajemy grupę żyjących, a może lepiej napisać zwyczajnie, mieszkających razem amatorów ludzkiej krwi: Deacona[1], 183 lata(Jonathan Brugh); Viago[2], 379 lat(Taika Waititi); Vladislava[3], 862 lata(Jemaine Clement) i Petyra[4], bagatela ok. 8000 lat(Ben Fransham). Nic nadzwyczajnego dla współczesnego widza jakby się mogło wydawać. Nadzwyczajne w tym wszystkim jest jednak zestawienie bohaterów i umieszczenie ich w jednym miejscu, wspólnie zmagających się z problemami codzienności.
Chłopaki, choć są zupełnie z innych bajek, mają najzupełniej poważne, ludzkie problemy jak na przykład: kto ma zmywać zakrwawione naczynia, jak się ubrać skoro nie ma się odbicia w lustrze, kto powinien wycierać kurz i sprzątać tru… to znaczy to co zostało po gościach. Do tego dochodzą oczywiście rozterki związane z ich jestestwem, a więc w jaki sposób uśmiercać swoje ofiary, jak socjalizować się z ludźmi lub na przykład problem ghouli[5], które potrafią być dla swoich wampirzych panów równie przydatne co kołek w sercu. Więcej na ten temat jednak pisał nie będę, bo po prostu trzeba te komiczne zmagania obejrzeć na własne oczy, a sam film jest ich pełen. Bardzo fajne jest w tym wszystkim to, że pomimo komediowego podejścia do sprawy, wampirom jako takim niczego się nie ujmuje. Nadal potrafią być przerażające. To spora sztuka pokazać postaci z horrorów, w komedii i to w taki sposób. Trzeba zatem przyznać, że cechą charakterystyczną tego filmu jest nie tylko to, że bardzo dobrze wyczerpuje wątki związane z wampirami, ale również bardzo umiejętnie nimi operuje. Nie ma w tym wszystkim przesady i chyba właśnie ten balans formą i treścią jaki opanowali twórcy pozwala na pełnię radości z oglądanego obrazu.
            Ten niezwykły film mieści w sobie niemal wszystkie stałe, powtarzalne elementy związane z wampirami, zarówno pod względem ich literackich jak filmowych wyobrażeń. Mamy więc całą procesję stereotypów, domysłów i wierzeń, które łączą się z postacią wampira na przestrzeni wieków. Nasi bohaterowie potrafią latać, nie mają swojego odbicia w lustrze, mogą wpływać na ludzkie umysły, zmieniać formę, a ich odwiecznymi wrogami są łowcy(w tym wypadku rzecz jasna niezbyt rozgarnięci) i oczywiście wilkołaki. Żeby tego było mało każdy z wampirów, których losy śledzimy, odzwierciedla w pewien sposób ducha czasów, w których narodził się na nowo jako nieśmiertelny krwiopijca. Zróżnicowanie postaci dodatkowo podkreśla ich wyjątkowość i podejście do problemów z jakimi wspólnie się zmagają. Nie zabrakło niczego. Na te, silnie utrwalone w kulturze elementy, twórcy filmu nakładają problemy rzeczywistości. Problemy, które dla każdego z żyjących są oczywiste do tego stopnia, że stanowią rutynę dnia powszedniego. Dla wampirów jednak to nie takie proste i to na tym kontraście w dużej mierze bazuje humor w filmie. To trochę tak jakby Dracula obudził się dziś, rozejrzał dookoła i nie mogąc rozpoznać świata w którym się ocknął, zapytał: jak mam żyć… albo może lepiej, nie żyć? Budowany na mocnym fundamencie komizm sytuacyjny i dialogowy jest najsilniejszą stroną obrazu What do we do in the shadows. Sprawia, że widz lepiej identyfikuje się z bohaterami, ale również tłumaczy oraz uzasadnia powtórzenie, z którym w przypadku filmów o wampirach mamy tak często do czynienia – wampir kontra świat w którym przyszło mu egzystować.
            Konsekwentna, choć miejscami nieco uboga(wilkołaki) charakteryzacja, oraz klimatyczne scenografie pozwalają wczuć się w niewidzialny dla żyjących świat nieumarłych, który koegzystuje i rządzi się swoimi prawami, niezauważony, tuż pod naszymi nosami.



Panowie Clement i Waititi poradzili sobie rewelacyjnie w każdej kwestii związanej z obrazem. Żeby tego było mało zaangażowali się w produkcję na całego łącząc rolę reżyserów, scenarzystów i głównych bohaterów filmu w jedno na swoich przykładach. Będę mile zaskoczony jeśli ktoś w przyszłości nakręci podobny obraz z tej kategorii, równie gustowny i zrównoważony, pozwalający wejść w skórę wampira w naszych czasach. What we do in the shadows wyczerpuje bowiem temat do tego stopnia, że kolejnym filmowcom biorącym się za tego typu próby będzie bardzo ciężko przebić dzieło nowozelandzkich artystów. Film gorąco polecam nie tylko fanom horrorów, ale każdemu kto lubi się dobrze pośmiać.

Ocena: 4/6





[1] W postaci Deacona możnaby dopatrywać się serialowych odpowiedników młodych, rozzuchwalonych przedstawicieli wampirzego gatunku. Podciągnąłbym pod to również Zmierzch, ale chyba nawet Clement i Waititi uznali, że to zbyt banalne do parodiowania.
[2] Pamiętacie Wywiad z wampirem i książki Anne Rice? Viago na swoim przykładzie doskonale oddaje ich przesłanie. Naturalnie tak, jak pozostali jego „koledzy po fachu”, w krzywym zwierciadle.
[3] Karykatura hrabiego Draculi ze wszystkimi jego wadami i zaletami, które możemy znaleźć zarówno w dziele Stokera, jak i w jego późniejszych filmowych adaptacjach.
[4] Chyba najlepiej ucharakteryzowany wampir ze wszystkich. Od razu nasuwa się skojarzenie z Hrabią Orlokiem z Nosferatu Symfonia Grozy.
[5] Oczko w stronę gier fabularnych związanych ze światem wampirów. Podobnie jak w Vampire: The Masuerade nasi bohaterowie(w tym przypadku Vladislav) posiadają swoich ludzkich sługusów, którzy jeśli będą im posłuszni zostaną przemienieni w wampiry. Ta konwencja również została w filmie doskonale skarykaturowana.

czwartek, 8 października 2015

6 FESTIWAL KAMERA AKCJA WYSTARTOWAŁ



W tym roku postanowiłem spróbować kilku wolontariatów, aby móc po wszystkim porównać sobie dobre i złe różnice jakie je charakteryzują. Jak dotąd Biennale Sztuki Mediów 2015 TEST EXPOSURE we Wrocławiu (po raz drugi z resztą) zostawia w mojej pamięci i sercu szczególnie dobre wrażenia, ale dziś miałem okazję brać udział w przygotowaniach do festiwalu Kamera Akcja. Zapowiada się naprawdę dobra zabawa. Świetna atmosfera i sympatyczni ludzie. Do tego znakomicie goście i mnóstwo filmów, których bez tego festiwalu pewnie jeszcze długo bym nie obejrzał. Zachęcam więc wszystkich do przyjścia i poczucia filmowej atmosfery naszego miasta na żywo. Nie traćcie czasu, nie wahajcie się, po prostu przybywajcie na 6 Festiwal Kamera Akcja! Czekamy na Was! :-)


Po festiwalu postaram się napisać co nieco o swoich przeżyciach w związku z całym wydarzeniem. Jestem jednak po dzisiejszym dniu przekonany, że źle nie będzie.


Strona festiwalu w internecie: http://kameraakcja.com.pl/ 
Strona festiwalu na Facebook: https://www.facebook.com/kameraakcja?fref=ts 

ZAPRASZAMY

wtorek, 6 października 2015

Jesus Christ Superstar w Łódzkich plenerach



            O legendarnej rock operze napisano teoretycznie już chyba wszystko, dlatego nie będę powtarzał encyklopedycznych informacji, które każdy z Was może bez problemu znaleźć. Skreślę za to kilka słów na temat mojego własnego odbioru widowiska i naturalnie polecę je Wam do jak najszybszego obejrzenia. Będziecie mieli tę możliwość w najbliższym czasie, gdyż Jesus Christ Superstar będzie wystawiana ponownie na deskach Teatru Muzycznego w Łodzi w dniach 9-11 października. Tego po prostu nie możecie przegapić!



            Po pierwsze sztuka oglądana na żywo robi nieporównywalnie większe wrażenie do filmu Jewisona z 1973 roku. Nawet odgrywana w Łódzkich plenerach, w pasażu Schillera, rzucała na kolana. Ujmę to tak: po obejrzeniem tej sztuki na żywo, film, który być może jak ja widzieliście przed jej obejrzeniem, po prostu znika z pamięci. Bądźcie zatem gotowi na ucztę wrażeń jaką z całą pewnością zafunduje wam kunszt aktorów i widowiskowość samego przedsięwzięcia, które na deskach teatru będzie wyglądało zapewne jeszcze lepiej. W przypadku spektaklu na żywo również siła oddziaływania na widzów jest o wiele większa. Odsłony jaką Łodzianie mili okazję oglądać pamiętnego 2 października, nie powstydziłby się nawet Broadway. Nie umniejszając temu co widziałem, mogę sobie tylko wyobrażać jak cudownie musi to wyglądać za oceanem…
Uniwersalność Jesus Christ Superstar i forma w jakiej opowiada się nam o ostatnim tygodniu z życia Chrystusa, sprawdza się nieprzerwanie od wielu lat. Ta historia podczas wspólnego oglądania po prostu łączy pokolenia. Forma nie tylko wzmacnia ten związek, ale sprawia, że opowiadanie staje się atrakcyjne i co najważniejsze, zrozumiałe dla każdego. Stojąc tam i przyglądając się temu, z niekrytym zachwytem, pomyślałem sobie, że ludzie chętniej słuchaliby opowieści z Pisma Świętego, gdyby podać im je w takiej właśnie formie.



            Największe wrażenie zrobiły na mnie wejścia Jezusa i Judasza, oraz spokojne wystąpienia Marii Magdaleny. Z pewnością nie zapomnicie również fragmentu z Herodem, oraz słynnych Jesus Must Die i Superstar. Chwała należy się zaprawdę WSZYSTKIM aktorom, którzy energicznie, z niesamowitym zaangażowaniem i uczuciem odegrali swoje role. Potwierdza to fakt, że publiczność nie dała im spokojnie przechodzić od sceny do sceny i musieli oni zawsze chwilę czekać na ucichnięcie braw – zasłużonych naturalnie za każdym razem. Dodatkowym faktem przemawiającym za świetnością Polskiej wersji jest to, że została ona nagrodzona Złotą Maską za najlepsze role wokalno-aktorskie w minionym sezonie.
Na koniec, przy okazji tego tekstu pragnę podziękować Teatrowi Muzycznemu w Łodzi, oraz Łódzkiemu Centrum Wydarzeń. Był to pierwszy plenerowy spektakl, który obie instytucje zrealizowały wspólnie i mam nadzieję, że ten mariaż będzie rozwijał się w dalszym ciągu zapewniając Łodzianom podobne, cudowne, niezapomniane przeżycia. Dobra robota i zarazem piękne otwarcie sezonu dla Teatru Muzycznego.




Wszystkich natomiast gorąco zachęcam do obejrzenia rock opery Jesus Christ Superstar na żywo. Prawdziwym grzechem byłoby to przegapić…

poniedziałek, 21 września 2015

Mission: Possible



Dla wszystkich fanów Mission: Impossible niestety nie będę miał dobrych wieści. Seria upada! Może nie z wielkim hukiem, bo akurat najnowsza odsłona przygód agentów IMF daje się oglądać z niekrytą przyjemnością, to jednak coś tu jest nie tak. Rogue Nation, okazuje się bowiem być wydmuszką, której brak polotu poprzedniczek(pomijając w tym korowodzie może wyłącznie trzecią część, której nie dało się już bardziej spartolić). Po seansie byłem co prawda usatysfakcjonowany, bawiłem się na tym filmie nieźle, ale szybko przyszło mi na myśl, że bawiłbym się jeszcze lepiej gdybym mógł wyłączyć myślenie, lub chociaż obejrzeć ten film będąc o jakieś dwadzieścia lat młodszym. Może wówczas dałbym się bardziej nabrać na absurdy jakie widziałem na ekranie, a które dorosłemu człowiekowi zwyczajnie odbiorą radość z oglądania filmu. Tak więc, już na wstępie, muszę zaznaczyć, że Mission: Impossible – Rogue Nation, to atrakcyjna i miła oku wydmuszka kina szpiegowskiego, którego tutaj zabrakło i to na boleśnie dużą jak dla tak znamiennej serii skalę.
Tym co najbardziej przykuwa uwagę są heroiczne wręcz popisy Cruise’a, które zasługują na wielkie brawa. Nie da się ukryć. Po raz kolejny złote dziecko Hollywoodu nie zawiodło publiczności i pokazało, że nie da się go łatwo zastąpić ani przez podstawionych kaskaderów, ani tym bardziej przez tak bardzo gaszone ostatnimi czasy CGI. To bez wątpienia mocna strona filmu, która sprawia, że widzowi skacze adrenalina, a samemu obrazowi oglądalność i to w najlepszym tego słowa znaczeniu. Opiewają to wszyscy krytycy i recenzenci robiąc z tego faktu niebywałe halo. Halo! Cruise zawsze wolał sam wykonywać popisy kaskaderskie niczym Jackie, więc czym się tutaj podniecać? Normalka, chciałoby się powiedzieć. Wielka szkoda, że ta największa zaleta najnowszej odsłony Mission: Impossible wydaje się być jedyną zaletą po bliższym przyjrzeniu się faktom.



Nie zabrakło w filmie standardowych elementów, które zapoczątkowała pierwsza, a na dobre wpisała w serię druga część Mission: Impossible. Te charakterystyczne, powtórzone elementy grają naturalnie na korzyść filmu. Szczegół, który obciążą tę część, to sposób w jaki te elementy zostały uchwycone w najnowszej przygodzie Ethana Hunta. Mamy więc: wartką i dobrze prowadzoną (zarówno z uwagi na fabułę jak pracę kamer) akcję obfitującą w wybuchy i popisy kaskaderskie – naprawdę przyjemnie się na to patrzy; rozładowujący, znikome niestety, napięcie humor sytuacyjny; czarującego Toma Cruise’a w towarzystwie przygłupich kumpli i pięknej dziewczyny; wielkiego złego, który niestety w tej części zupełnie moim zdaniem traci na atencji widza w miarę oglądania filmu – gość jest po prostu śmieszny i wygląda jak przerysowana wersja schwartz charakterów z komedii; no i oczywiście sekwencję rozpracowywania tytułowej „niewykonalnej misji”. Nie wiedzieć czemu, ale akurat na te sceny zawszę daję się nabrać. Poza tym po raz kolejny planowanie i omawianie jak ciężko jest się gdzieś dostać i ile przy tym trzeba obejść zabezpieczeń sprawia frajdę porównywalną do oglądania najnowszych odcinków Myth Busters(piszę to bez zbędnej ironii, poważnie).
O postaciach nawet nie chcę się rozpisywać, bo są okrutnie jałowe, a poza Cruisem nikt się tam niczym nie wyróżnia. Tom starał się chociaż reanimować film swoimi popisami, polot reszty można zrównać grą aktorską i wpisaną w film rolą do stołków kuchennych. Najgorsze, że to nawet nie wina aktorów, tylko tego jak ich postaci muszą się zachowywać w filmie. Scenariusz, ziemia, powietrze, hemoglobina? Przyczyn może być wiele. Przyjemnie ogląda się Rebecce Ferguson(Ilsa) czy Ving’a Rhamesa(weteran M:I już od pierwszej części grający Luthera), ale cała reszta stanowi tło, które z pewnością nie zapadnie nikomu na dłużej w pamięć.
Podsumowując tę część mojego wywodu, przedstawia się to tak, że widzimy pięknie pomalowaną wedle wcześniejszego wzorca skorupkę, która jednak w środku jest całkowicie pusta. Nie wiem czy starania twórców rozbiły się o chęć zarobienia na najmłodszych i dlatego film jest komicznie pacyfistyczny, czy może poszło o potrzebę podtrzymania gatunku(filmowego rzecz jasna, bo nie da się ukryć, że Mission: Impossible, to jednak ikona; szargana od kilku ładnych lat, ale jednak), ale otrzymujemy właśnie to: wydmuszkę. Miało być pięknie, wyszło przeciętnie i do bólu naiwnie.



W jednej ze scen Ethan mówi: Nie od razu Rzym zburzono. To powiedzenie wydało mi się o tyle zabawne, o ile odniosłem je raczej do tego co oglądałem niżeli do tego co mieli zamiar zrobić bohaterowie filmu. I choć nie jest to najgorsza część Mission: Impossible(za taką uważam część trzecią), a może nawet chętnie obejrzałbym ją ponownie gdy będę miał okazję, to na pewno nie jest to już ten sam poziom, który prezentowały sobą kinowe, pierwsza czy druga część przygód agenta IMF. Mocno irytująca staje się swoista, naiwna wręcz, „nieśmiertelność” bohaterów. Ethan Hunt zmienia się pomału z super agenta w super bohatera, któremu żaden typ obrażeń nie straszny i którego w żaden sposób nie można powstrzymać. Nie ima się go grawitacja ani ograniczenia, które zabiłyby nawet Jamesa Bonda. Jeśli już chcemy zbudować, bądź podtrzymać legendę, to proszę, róbmy to tak aby dorosły widz również mógł choć na chwilę w to uwierzyć i wstrzymać oddech. Do tego dochodzi nieznośna wręcz przewidywalność, która jest chyba najsłabszą, najbardziej rozczarowującą stroną filmu. Postaci wychodzą obronną ręką z każdej opresji, a czarny charakter, który pretenduje do wielkiej roli, zdaje się być nie lepszy w swoich knowaniach od pospolitego przestępcy, zdolnego co najwyżej ukraść niepostrzeżenie cukierka w supermarkecie. Przez dziwaczne rozwiązania, które wydały się po czasie wręcz kumulować w Rogue Nation, obraz częściej przyprawiał mnie o wybuch śmiechu, lub rozczarowujące westchnienie, niż nerwowe oczekiwanie na koniec którejkolwiek akcji. Po kilku takich wpadkach nie odczuwałem już żadnego napięcia, po prostu wiedziałem, że cokolwiek nie wymyślą i tak musi im się udać, choćby nie wiem jak niesamowity zwrot akcji nagle nastąpił. Niestety, jeden aktor i jego starania nie pociągną całego filmu. Nawet jeśli jest to taki słodziak jak Tom Cruise.
I tak oto Mission stał się całkowicie i w najgorszy możliwy sposób Possible.


Ocena: 3/6

wtorek, 10 marca 2015

Polska (B)Ida na Oskara?!


Do tej pory Polakom udało się zdobyć 12 Oskarów. Wygrywaliśmy nagrody głównie za muzykę i zdjęcia. Od czasu do czasu ktoś otrzymał Oskara honorowego, lub za całokształt twórczości czy po prostu reżyserię. W 1982 Zbigniew Rybczyński otrzymał statuetkę za najlepszy film animowany(Tango) i od tamtego czasu pomału przestawaliśmy wierzyć, że sen o Oskarach dla najlepszego filmu w naszym wykonaniu może się spełnić. Do czasu gdy na drogę po legendarną figurkę nie wstąpiła Ida(2013), Pawła Pawlikowskiego. Od festiwalu, do festiwalu, zdobywając coraz to więcej nominacji, a finalnie również nagród[1](w tym tych najbardziej prestiżowych), Ida wywalczyła sobie upragnionego przez naszych rodaków Oskara[2]. Była radość, a nawet euforia[3], w niektórych miejscach niemalże nabożne celebracje tryumfu Polskiej kinematografii, na którą wcześniej rodzimy rząd skąpił uwagi i pieniędzy. Na krótką chwilę wszyscy zamienili się w kinomanów, krytyków i filmoznawców pierwszego sortu, byle tylko móc w jakikolwiek minimalny sposób uczestniczyć w tym jakże podniosłym wydarzeniu, lub zwyczajnie wykorzystać sprzyjającą mu uwagę dla własnych celów[4].
Po okresie upojenia sukcesem obrazu Pawlikowskiego przyszedł w końcu czas wytchnienia, który umożliwia podejście do tematu na trzeźwo. Wykorzystując ten burzliwy okres od czasu uhonorowania Idy Oskarem, do dnia dzisiejszego rozmawiałem z kim tylko mogłem, pytając ludzi o ich własne zdanie na temat tego filmu. Ku mojemu zdziwieniu osoby z którymi rozmawiałem nie różniły się bardzo w swoich poglądach dotyczących Idy, pomimo, że różniło je wszystko inne(wykształcenie, wiek, wyznanie, zawód etc.). Dzięki swojemu małemu śledztwu mogłem przewartościować własne spostrzeżenia i wreszcie mogę się tym wszystkim z Wami podzielić. Nie będę jednak powtarzał tego co możecie zobaczyć w wywiadach czy innych recenzjach, skupię się na tym czym ten film jest dla mnie i, jak się przekonałem, dla wielu innych, podobnie myślących osób.


Jako pierwsze rzuca się w oczy zestawienie dwóch kobiet(głównych bohaterek), które bez wątpienia są swoim przeciwieństwem. Młodziutka Ida, dla zakonu siostra Anna(Agata Trzebuchowska) przed złożeniem ślubów otrzymuje polecenie od przeoryszy aby spotkała się ze swoją ostatnią żyjącą krewną, ciotką Wandą(Agata Kulesza). Ta ujawnia siostrzenicy prawdę o niej samej, zaś scena w której po raz pierwszy Pawlikowski stawia je naprzeciwko siebie nawet nieco mnie rozbawiła. Oto bowiem kontrastuje się czystą cnotę z dekadencją; świat zakonu znika w mgnieniu oka, aby ustąpić pola rzeczywistości. W radiu gra muzyka, a Wanda popala papierosa z wyuczoną nonszalancją. Nie ma tu ostrych cięć czy gwałtownych efektów dźwiękowych. Pozostają różniące się od siebie, a zestawione w niezwykle naturalny sposób zdjęcia. Ten kontrast charakterów, tak pięknie zobrazowany przez Ryszarda Lenczewskiego i Łukasza Żala, będzie widoczny niemalże przez cały film, aby wreszcie pokazać jak cnota zderza się, a następnie łamie w obliczu tłumionych uczuć i brutalnej rzeczywistości. Przejścia Idy są bowiem niczym próba silnej woli(wiary, jeśli ktoś woli w tę stronę), przy czym piękne jest to, że tej próbie poddany jest właśnie zwyczajny człowiek, a nie święta figura, za jaką na początku Ida może uchodzić w oczach widza. W całości przemawiają do mnie wypowiedzi Pawlikowskiego mówiącego o tym, że jest to film o zwyczajnych ludziach w zwyczajnym świecie, nie zaś o ikonach, które miałyby odzwierciedlać jakieś większe, napompowane idee. Tu nie ma męczenników, ani świętych; ofiar ani katów; wszyscy bohaterowie są rozgrzeszani i równi sobie[5] poprzez ciszę(czyt. brak sprzeciwu wobec rozgrzeszenia bohaterów i rozliczenia się z przeszłością).
Te proste losy, które odkrywamy na szlaku Idy i Wandy są zarówno największą zaletą, jak i wadą filmu. Pozwalają na luźną, nie przytłoczoną wielką światową historią, kontemplację przeżyć jednostki, ale mogą również powodować znużenie. Tym znużeniem najprędzej zarażą się osoby młodsze, które nie mają wielkiego pojęcia o tym jak Polska kiedyś wyglądała, lub mogła wyglądać jeśli spojrzymy na to z punktu wyjścia reżysera filmowego. Znużenie to chwyci również tych z nas(tutaj muszę dopisać siebie i swoich rozmówców), którzy zwyczajnie w przeszłości babrać się nie lubią(a przynajmniej nie w takim stopniu w jakim mamy do tego tendencję w naszym kraju): pamięć to rzecz fundamentalna, ale nie możemy sobie pozwolić na życie przeszłością, to do niczego nie prowadzi.[6] W tym przypadku nikt z kim rozmawiałem nie miał, podobnie jak ja, wątpliwości, że Ida to zwyczajnie piękna pocztówka ze starych lat, za którą kryje się jakaś dawno zapomniana opowieść.
            Zaraz po fabule i zanurzonych w niej bohaterkach, należy uwzględnić formę. I tym razem prostota gra na korzyść filmu. W tym przypadku to właśnie w technice filmowania znajdujemy najważniejsze dla całości przesłanie, oraz pytanie jakie stawia nam Paweł Pawlikowski. Magia tego obrazu broni go również przed tak zwyczajną historią, którą obrazuje. Nieruchome kadry zostały ujęte standardowym dla akademii formatem 1:37:1[7], a charakter zdjęć kojarzy się z wielkimi dziełami Antonioniego, Godarda czy Morgensterna, choć tych skojarzeń każdy będzie mógł znaleźć o wiele więcej z uwagi na uniwersalność w stylu kadrowania mise-en-scène. Czarno-biały, kadrowany stacjonarnie obraz[8] podkreśla, że nadrzędnym jego celem jest sama obserwacja, nie zaś wysnuwanie daleko idących wniosków. Każdy niemalże kadr nadawałby się na osobne zdjęcie do galerii, co sprawia, że film przypomina album z fotografiami z dawnych lat. Reżyser dzięki tym zabiegom przed każdym widzem z osobna stawia swoje ulubione pytanie: kim jesteś? Odpowiedzi udzielamy w sposób w jaki ustosunkujemy swoje podejście do problemów postaci w filmie. Tych problemów nie brakuje, a dzięki temu, że są one silnie zindywidualizowane, nasza odpowiedź pozwala nam przewartościować swoje myślenie co do wielu palących kwestii[9].
Świat Idy może przypominać zdjęcie, na tle którego poruszają się bohaterowie. Nie możemy jednak zapominać, że to także film drogi. Rzeczywistość w nim przedstawiona może sprawiać wrażenie brudnej, smutnej i zastałej[10], tak jednak nie jest: to świat pełen emocji, wydarzeń, ruchu i przemian. We wszystkim co oglądamy przebija się bowiem w jakiś niezrozumiały sposób pewien optymizm. Może wywołuje go fakt, że to co najgorsze już za nami? Może to sentyment wywołany powrotem do przeszłości? Na dłuższą metę ciężko jednak jasno odpowiedzieć sobie na to pytanie. Ten niczym nie uzasadniony optymizm symbolizuje zarówno postać młodego Lisa(Dawid Ogrodnik) jak i muzyka pojawiająca się w tle(piosenki Koterbskiej, Mariniego, Kulig). Oba te elementy są nieco nie z tej bajki, pozwalają jednak widzowi na chwilowe wytchnienie podczas wędrówki Idy.


Pierwsze wrażenie po obejrzeniu Idy było dla mnie nijakie. Szargało mną odczucie, że to film biedny fabularnie i stylistycznie. Film o niczym i chyba dla nikogo, bo ileż razy można opowiadać podobne historie? Dopiero po trzeciej projekcji zacząłem uświadamiać sobie przesłanie i wartości jakie niesie ze sobą ten film. Teraz już wiem, że w jakiś sposób ten film zapamiętam(pozytywny rzecz jasna), tym bardziej po werdykcie Akademii Oskarowej. Wiem również, że jest zrobiony po mistrzowsku, a decyzja o zastosowaniu w nim starszego stylu była strzałem w dziesiątkę. Niestety historia jaką ze sobą niesie zupełnie do mnie nie przemawia. Tę wątpliwość w materię fabuły Idy potwierdził każdy z moich rozmówców, co musi przecież o czymś świadczyć. Może jesteśmy zmęczeni podobnymi historiami? Może jednak w ten dobry sposób pogodziliśmy się z przeszłością i nie potrzebujemy dowodu na to, że to możliwe? Może boimy się w ogóle wdawać w dyskusję na tematy, które ten film porusza, ale nie z braku wiedzy, czy postawy, ale z braku chęci szarpania się z krzykaczami, którzy i tak wiedzą swoje? A może tak bardzo pochłonęła nas zagraniczna perspektywa filmowania rzeczywistości, że nie umiemy doszukać się sensu w czymś co ma większą wartość artystyczną?
Te i wiele innych pytań stawia dla mnie Ida. Zadając je jednak, sama sobą udowadnia, że jest filmem wartościowym i ważnym – cudownie byłoby rzec, zamykającym pewien rozdział w historii naszej kinematografii, ale to pewnie niemożliwe. Mogę mieć tylko nadzieję, że kolejni twórcy uciekający się do podobnych tematów zrobią to równie kunsztownie i gustownie co twórcy Idy, którzy nie szarpiąc się z historią na siłę, skłonili nas do poważnych przemyśleń na temat tego co nam dała i kim dzięki niej jesteśmy?

Ocena: 4/6




[1] Aż 36 różnych nagród! W tym oczywiście Oskar i BAFTA.
[2] Muszę przyznać, że ten Oskar dał mi tyle samo radości i satysfakcji, co powodów do zastanowienia się nad sobą i swoim podejściem do filmu w ogóle. Nie będąc zawistny, bez zbędnych porównań i uzasadnień, w jakiś sposób odczułem to jako mało wartościowe, bądź zbyt proste zwycięstwo. Nie wspominając już o opiniach w stylu: żebraliśmy, żebraliśmy i w końcu wyżebraliśmy tą samą kwestią od wielu lat, swojego małego Oskara.
[3] W Łodzi sprzedawano nawet „ciastka filmowe” Ida.
[4] Zawrzało na temat czy Ida, to film antypolski, czy może antysemicki? Jałowe spory na ten temat mogły wiele osób dodatkowo zniechęcić do obejrzenia filmu, który jakby nie patrzeć stał się w Polsce popularny dopiero po otrzymaniu Oskara, lub w ostateczności po nominacji. Nie jest to jednak nic dziwnego, krótkowzroczność i egoizm w podejściu do wielu tematów to chyba nasza cecha narodowa: widzimy tylko dwa punkty, pośrodku których znajduje się to czego dostrzec nie jesteśmy najczęściej w stanie – właściwy sens.
[5] Jeśli bohaterowie filmu Ida sami nie udzielają sobie swoistego rozgrzeszenia, to robi to za nich ich własna przeszłość. Zdawać by się mogło, że ich życiem rządzi fatum, które sprowadzili na siebie wcześniejszymi wyborami.
[6] Mógłbym w tym momencie napisać kolejną pracę o tym w jaki sposób postrzegam przeszłość i jaki ma ona wpływ na nasze teraźniejsze bytowanie, ale nie o to tutaj chodzi. Paradoksalnie Ida broni się przed nadętym historyzmem tym, że osobom interpretującym ten film przez pryzmat wojen i holokaustu zaburza właściwy odbiór siebie, gubiąc je w labiryncie znaczeń, do których Pawlikowski w cale nie dążył, a od których usilnie się odżegnuje.
[7] Format academy: 1:33:1 (4x3) – Uznany przez Akademię Filmową w 1932 roku za standardowy format filmowy 35 mm. Obecnie częściej stosowany w odniesieniu do taśm 16 mm. Jest to zarazem tradycyjny format telewizyjny(przed pojawieniem się ekranów panoramicznych).
Pełna klatka taśmy 35 mm ustalona przez Akademię Filmową to tak naprawdę 1:37:1. Niemniej jednak w czasie projekcji filmu maska na projektor zmienia współczynnik kształtu obrazu do 1:85:1(w przypadku filmów z USA) lub 1:66:1(dla filmów europejskich). Kinooperatorzy amerykańscy, którym nie udaje się dostosować maski do filmów europejskich ukazują często niepożądane elementy – kurz, brud, włosy, a nawet mikrofony – w okolicach krawędzi kadru.
Tom Kingdon, Total directing: integrating camera and performance in film and television, Silman-James Press, Los Angeles 2004
[8] Jeśli dobrze zaobserwowałem to z ruchomym kadrem mamy do czynienia dopiero pod koniec filmu.
[9] Nie należy jednak myśleć, że Ida to film, który ma na celu cokolwiek, czy kogokolwiek rozliczać. Równa, pokazuje, że czasem najlepiej przebaczyć, zapomnieć i po prostu iść dalej jeśli to możliwe, ale z całą pewnością nie osądza.
[10] Wiele zdjęć powstało w Łodzi, która jako jedno z niewielu, jeśli nie jedyne miasto w Polsce zachowuje w pewnych miejscach klimat lat 50-60. Uzasadnianie tym faktem wyboru planu zdjęciowego mnie osobiście w równiej mierze cieszy, co smuci. Czasem mam wrażenie, że Polska w filmie to jedynie brudna Łódź i przekolorowana Warszawa. Ze skrajności w skrajność.