środa, 8 listopada 2017

Geostorm, czyli o tym, czy zła pogoda w Hollywood może tłumaczyć ogarniającą Fabrykę Snów nędzę artystyczną?



       Zwiastuny Geostorm wskazywały na spektakularne widowisko, które ukarze zagładę ludzkości w całkiem nowym świetle i da nam do pomyślenia jeszcze raz nad tym, dokąd zmierzamy. Niestety, podobnie jak obecna atmosfera w Fabryce Snów, ten film to najzwyklejsza katastrofa, która na pewno nie będzie w stanie rozpędzić mrocznych chmur z nad głów twórców zza oceanu. Spektakularny jest tu wyłącznie brak umiejętności twórców, którzy najwidoczniej rzucili się z motyką na słońce. Być może gdyby Pan Devlin współpracował przy tej produkcji z Rolandem Emmerichem(dziewięć wspólnie wykonanych obrazów), udałoby mu się stworzyć po raz kolejny tytuł, który jakoś się broni. Obaj panowie popełnili razem tak niezapomniane tytuły jak chociażby: Universal Solider(1992); Stargate(1994); Independence Day(1996); Godzilla(1998). Wszystkie warte zapamiętania, no i przecież nie zaprzeczycie, że o nich nie słyszeliście, lub ich nie oglądaliście. Należy pamiętać jednak, że Devlin odpowiadał przeważnie za produkcję i scenariusz wspomnianych filmów. Podobnie mogło być i w tym przypadku, niestety nie wiedzieć czemu scenarzysta stał się nagle reżyserem(jest to bowiem reżyserski debiut Dean’a Devlina), a film, który miał być w założeniu katastroficznym, przeszedł mutację w bliżej nieokreślony twór gatunkowy. Geostorm, to film, który w swojej „złożoności” pretenduje do miana miernej części Jamesa Bonda wymieszanego z efektami z takich „superprodukcji” jak The Day After Tomorrow(2004), czy Space Cowboys(2000). Wracając do wspomnianych zwiastunów, to są one kolejnymi z tej fatalnej serii, która pozwala oszczędzić na bilecie do kina, bo w zasadzie zdradzają wszystko co tylko się da, z i tak miałkiej przeważnie fabuły – Gostorm w niczym tutaj nie odbiega od innych tego typu, znienawidzonych przez widzów prób filmowych.

   Z czym jednak mamy tutaj do czynienia? Otóż ludzie przyszłości nauczyli się wreszcie kontrolować pogodę. Problem w tym, że jak się domyślacie, skoro to ludzie wpadli na pomysł jak zawładnąć nad siłami natury, to i ludzie będą chcieli te siły w końcu wykorzystać. A jak można się po naszym gatunku spodziewać głównym motorem napędowym rozpętanej w ten jakże nieprzewidywalny sposób apokalipsy jest mamona. Podejrzewam, że był to również jedyny cel przyświecający twórcom Geostorm. Chyba, że chcieli oni za wszelką cenę pokazać jak nie robić filmów. Gratuluję, udało się. Nakręciliście państwo, zaraz po The Mummy(2017), największy gniot tego roku!




  Szczerze mówiąc nawet nie wiem co napisać w kwestii aktorów, którzy zdecydowali się uczestniczyć w spełnianiu reżyserskich ciągot Pana Devlina. Po ekranie krząta się Gerard Butler, który gra faceta próbującego poza problemami rodzinnymi uporać się z zagładą planety, a w tle niczym na autopilocie biega reszta aktorów. Ci z kolei usiłują wydrzeć nieco dla siebie z prostacko napisanego dla nich scenariusza, który miesza wątki w taki sposób, że po godzinie filmu nie wiedziałem czy oglądam koniec świata czy może kolejny odcinek Rolnik szuka żony. W Hollywood musi zaiste panować straszna nędza artystyczna skoro po raz drugi w roku wypuszczają coś takiego do kin na całym świecie. Wstyd!

    Jeśli ktoś zdecyduje się obejrzeć film w 3D, to światełkiem w tunelu powinny być w tym wypadku efekty i pocztówki z Armagedonu, ale niestety i tutaj obraz kuleje. Na porządną akcję poczekamy sobie koło godziny(to ponad połowa filmu), tak więc na właściwy efekt 3D nie macie nawet co liczyć. Wasze oczy będą już najzwyczajniej za bardzo przyzwyczajone do tego typu projekcji żeby cokolwiek mogło je jeszcze zaskoczyć.

  Geostorm i wspominana The Mummy, to filmy które wbrew pozorom mają ze sobą wiele wspólnego. Przede wszystkim- i nie mam zamiaru nad nikim się tutaj litować- są dowodem na potworne wręcz braki w warsztacie swoich twórców(reżyseria, scenariusz). W oczywisty sposób kręcone są wyłącznie dla wyciśnięcia z widza gotówki. Nie mają nic wspólnego ze sztuką, ani nawet wiedzą o filmie ponieważ ich autorzy korzystają w wielu przypadkach z motywów o których nie mają zielonego pojęcia przez co nierzadko wręcz obrażają inteligencję widza(chyba, że ktoś lubi się w kinie absolutnie wyłączyć). Te „filmy” marnują dobre pomysły i pomijają witalne tematy, które mogłyby być o wiele ciekawiej ukazane: oba kryją w sobie wielki potencjał, który został najzwyczajniej zaprzepaszczony. A może żeby miało to odpowiedni wydźwięk, powinno się powiedzieć, że zostały po prostu spartaczone.

Ocena: 1/6
Recenzje można przeczytać także na portalu Grabarz Polski

James Bond to przeszłość. Czas na agentów z Kingsman!



Matthew Vaughn to z pewnością jeden z tych reżyserów, którzy mogą powiedzieć o sobie, że nie zrobili jeszcze złego filmu. Sympatię widzów zaskarbił sobie jeszcze jako producent, współpracując z Guy’em Ritchie przy takich filmach jak Porachunki(1998) czy Przekręt(2000). Z pewnością nabył wówczas niepowtarzalnego poczucia humoru oraz dystansu do pracy na planie. Swój niebywały talent do zamieniania w złoto, czego tylko się nie dotknął, udowodnił reżyserując tak niepowtarzalne obrazy jak Gwiezdny Pył(2007), Kick-Ass(2010), X-Man: Pierwsza klasa(2011) czy wreszcie Kingsman: Tajne służby(2014), a także Kingsman: Złoty krąg(2017), który mam przyjemność właśnie recenzować. Warto zauważyć, że wszystkie wyreżyserowane przez siebie filmy popełnił wespół z jedną i tą samą scenarzystką, Jane Goldman, która jest także autorką bestsellerowej powieści ze świata Z Archiwum X, oraz twórczynią scenariusza do filmu Osobliwy dom pani Peregrine(2016). Tak długo pracujący ze sobą duet, odpowiedzialny za tak wiele hitów po prostu nie mógł zepsuć swojej kolejnej produkcji.
W związku z powyższym pragnę zdementować złośliwe pogłoski o, tym jakoby najnowszy Kingsman był filmem miałkim, wypełnionym kiczem i pozbawionym sensu. Występuje tu oczywiście spora dawka pokręconej atmosfery(ostro przyprawionej owym kiczowatym sformatowaniem ameryki z lat 60) przekładającej się głównie na postać antagonistki o uroczo brzmiącym imieniu Poppy(Julianne Moore). Urocza, zaskakująca, niepokojąca i miejscami przerażająca przywódczyni tajemniczego Złotego Kręgu, to idealny przykład na to jak całość filmu potrafi zabawić, a jednocześnie miejscami zdegustować widza. O ile bowiem sceny walk i pościgów deklasują niektóre produkcje z agentem 007 w roli głównej, o tyle miejscami przeciągnięty dowcip potrafi zepsuć dobre wrażenie. Patrz: strzelanie do psiaczków, zaszczepianie pluskiew w… sami się przekonacie, nie wspominając o produkcji hamburgerów ze swoich współpracowników. Tego typu sceny z pewnością podzielą mocno opinie o filmie Vaughna. Od siebie dodam tylko, że nie jest to zabieg pokazujący iż twórcom puściły zwieracze fantazji, ale raczej zamierzone i celowe działanie – taki klimat(patrz początek tej recenzji).



Pierwsza część Kingsman przywróciła niektórym wiarę w filmy szpiegowskie. Nie było to trudne po mocno mdłych produkcjach z serii Mission Impossible i ostatnim tragicznym fiasko jakie poniósł James Bond, ale tchnęło świeżością i energią jakiej wówczas bardzo potrzebowaliśmy. Druga część rozwija wątki głównych bohaterów i samej agencji. Następuje tu znaczny impas z którym nasi super szpiedzy będą musieli sobie poradzić. Coś umiera, coś się rodzi ponownie, a wszystko pod silną presją i w nieustającym pędzie dążącym po raz kolejny do ocalenia świata przed jakimś psychopatą. Wszystko polukrowane grubą warstwą niepoprawnego humoru, który po raz kolejny udowadnia, że każdy z nas ma w sobie coś z socjopaty.
Wspomniałem już o Julianne Moore, więc nie wypada nie napisać niczego o reszcie załogantów. Gra aktorska w tym filmie, to zabawa: lekka, przyjemna dla oka i naturalna. Widać wyraźnie, że na planie panowała dobra atmosfera i choć niektórzy narzekali na podarte garnitury, to wszystko pracowało jak w szwajcarskim zegarku. Koło Eltona Johna(tak, tego Eltona Johna) do starej ekipy Kingsman dołączyli jeszcze, Halle Berry, Channing Tatum, Jeff Bridges czy Pedro Pascal, którzy wcielili się w rolę agentów sojuszniczego wywiadu(tym razem nie krawców, a bimbrowników).




W drugiej odsłonie przygód agentów Kingsman wszystko jest skrojone na Amerykańską miarę: większe, głośniejsze, i obowiązkowo w wydaniu +SIZE!. Kingsman od początku bazował na klasycznych elementach kina szpiegowskiego, co doskonale zachowują jego twórcy także w drugiej części. Rzecz jasna nie brakuje tutaj prześmiewczych odniesień do 007, lecz utrzymanie żartu na jednym poziomie(z drobnym odstępstwami o których pisałem) sprawia, że film pochłania nas bez pamięci i daje nam dwie godziny wybornej zabawy. Od dawna nie słyszałem tak gromkich śmiechów na sali kinowej i choć nie była to nawet premiera, to niektórzy i tak nie wstydzili się witać oklaskami kolejnych scen. Czy takie reakcje widzów mogą mówić coś innego jak tylko, to że jest to rewelacyjny film?

Ocena: 5/6
Recenzję można przeczytać także na portalu Grabarz Polski

wtorek, 15 sierpnia 2017

Apokalipsa korposzczurów


            Na film The Belko Experiment trafiłem czystym przypadkiem, ale już po prowizorycznym przeglądzie obsady i twórców domyślałem się, że to będzie ciekawe kino… ciekawy eksperyment. Obrazowi Greg’a McLeana(Wolf Creek; Rogue; The Darkness) bliżej co prawda do horroru niż klasycznego thrillera, którym się go określa, ale ten fakt jedynie poprawia jego całokształt. Nie ma się temu co dziwić ponieważ reżyser ten specjalizuje się w kręceniu krwawych horrorów właśnie. Dodatkowo produkcję wspierali ludzie odpowiedzialni za Conjuring i Annabelle. W tym szczególnym wypadku połączył swoje siły ze scenarzystą James’em Gunn’em(Dawn of the Dead; Slither; Lollipop Chainsaw; obie części Guardians of Galaxy). Takie zestawienie reżysera i scenarzysty zapewniło filmowi nie tylko odpowiedni poziom napięcia, ale przede wszystkim krwiste sceny ukazujące przeróżne kontakty międzyludzkie, a to w dużej mierze o ich pokazanie tutaj chodzi. Ponadto dzięki panu Gunn’owi, McLean w końcu mógł wejść w psychikę filmowanych przez siebie postaci nieco głębiej niżeli tylko „do kości”. Jeśli obejrzymy wcześniejsze produkcje należącego do Splat Packu[1], Australijskiego reżysera to z łatwością zobaczymy, że praca z doświadczonym scenarzystą przyniosła mu nieoczekiwanie bardzo dobre skutki.
            Historia jest banalnie prosta: grupa osiemdziesięciu pracowników korporacji Belko zostaje zamknięta w biurowcu i zmuszana przez tajemniczego Wielkiego Brata do mordowania siebie nawzajem. Najciekawsze, że wchodzi tutaj w grę ostry rys polityczny, który celuje głównie w korporacyjne struktury USA. Zauważcie, że nikogo innego poza etatowymi pracownikami Belko nie wpuszczono do budynku na czas trwania eksperymentu. Okoliczna ludność została odesłana do domu, zaś okrutnemu badaniu poddawani są jedynie obywatele USA. Zwróćcie także uwagę na lokalizację samego biurowca.
W tym filmie możemy się domyśleć przebiegu całej fabuły, nie oznacza to jednak, że film jest nudny, czy pozbawiony większego sensu. Powtarzalność leitmotivu w tym wypadku aktualizuje wizualnie nawracający problem walki o przetrwanie w ekstremalnej sytuacji. Pikanterii całemu choremu eksperymentowi jakiemu poddani zostają pracownicy Belko, nadaje fakt, że dzieje się to właśnie w ich miejscu pracy. Z dala od rodziny, przyjaciół(tych prawdziwych[2]) i wreszcie w środowisku ultra korporacji, w której wyścig korposzczurów i wyczuwalna podskórnie dominanta przełożonych nad pracowniczą masą ludzką aż buzuje: bądźmy dla siebie przyjaźni, ale koniec końców lepiej żebyście pamiętali kto tu rządzi robaczki. Niecodziennym zjawiskiem w tego typu zestawieniach jest fakt, że reżyserowi udało się wydusić jeszcze trochę z materii horroru i upchnąć w całości wątek biurowego romansu...aż po grób.


            Wspominałem o ciekawym doborze obsady nie bez kozery. Do filmu zatrudniono dość kolorową ekipę składającą się z młodzików(John Gallagher, Adria Arjona) i weteranów(John McGinley, Tony Goldwyn). Aktorzy, którzy najczęściej przewijają się nam na ekranie(Ci których wymieniłem) znani są z różnych filmów(w sensie bogactwa gatunkowego ich repertuaru), ale raczej nie z krwistych opowieści o ludziach wyżynających się wzajemnie w pokręconym eksperymencie. Sprawia to, że postaci jakie im przydzielono zaskakują widza. Jak wcześniej pisałem: leitmotiv, który powtarza się w filmie na wielu poziomach, w tym przypadku także fabularnego zarysu postaci, nie ujmuje niczego temu obrazowi. Dodatkowym zaskoczeniem jest ścieżka dźwiękowa ułożona przez Tyler’a Batesa(300; Californication; Guardians of Galaxy), który postanowił przerobić znane utwory jak I wil survive, czy California Dreamin na język latynoski. Nieświadomie pomaga to ulokować akcję filmu w umyśle widza.


         Jest to film, o którym w Polsce było cicho, a który zasługuje na uwagę zarówno fanów horrorów i thrillerów, jak i tych z Was, którzy lubią zakładać się podczas projekcji kto przetrwa do samego końca. Myślę, że również z punktu socjologicznego czy nawet politycznego, jak wspominałem wcześniej, ten obraz ma wiele do powiedzenia. Nawet jeśli istnieje wiele podobnych filmów, które korzystają z motywu zamknięcia i szczucia ludzi na siebie, to The Belko Experiment ma tę przewagę, że jest najbardziej aktualny, przez co lepiej dociera do widza. Owe krwawe igrzyska, w których nagrodą jest przetrwanie przypominają nam, że w grze o życie możemy w cale nie różnić się od zwierząt, które instynkt  stawiają na pierwszym miejscu. Polecam Wam obejrzenie filmu i zastanowienie się nad jego przekazem, bo zastanawianie się nad tym jak byśmy się w takiej sytuacji zachowali sami, nie ma moim zdaniem większego sensu. Górę biorą zawsze instynkty.

Moja ocena: 4/6
Recenzję można przeczytać także na portalu Grabarz Polski



[1] Termin ukuty przez Amerykańskiego krytyka kina grozy, Alana Jonesa, którym określa on grupę filmowców kręcących wyjątkowo brutalne filmy zamykające się przeważnie w niskich budżetach. Do tej grupy należą np.: Eli Roth(Cabin in the Woods; The Descent), Neil Marshall(Dog Soliders; The Descent), Rob Zombie(The Devil’s Rejects; Hallowen), Robert Rodriguez(Planet Terror; Machete).
[2] Jeden z moich znajomych z pracy twierdził zawsze, że w pracy nie ma prawdziwych przyjaźni. Są jedyne znajomości i koleżeństwo. Po obejrzeniu The Belko Experiment przypomniały mi się jego słowa i to ile w nich prawdy jeśli się nad tym solidnie zastanowić. Film Grega McLean'a doskonale pokazuje jak kruche potrafią być sztuczne biurowe sojusze. Reżyser znajduje jednak w tym szaleństwie miejsce na uczucia wyższe, lojalność, a nawet miłość.

Nowe szaty Spider-Mana


            Któż z nas nie zna, lub chociaż raz w życiu nie widział Spider-Mana? To jeden z najpopularniejszych bohaterów komiksów na świecie, a przy tym chyba najbardziej lubiany. Nic dziwnego, że jego postać z rysunkowych historii przeniosła się na ekran już w 1967 roku, a od 2002 możemy jego wyczyny regularnie podziwiać w pełnometrażowych, wysokobudżetowych produkcjach. Podczas jednak gdy Sam Raimi(lol) i Marc Webb, powtarzali pewne utarte motywy dla uniwersum Spider-Mana, Jon Watts wychodzi do nas z zupełnie nową propozycją.
Spider-Man, Jona Wattsa, w którego wcielił się po raz drugi Tom Holland, to nie tylko powiew świeżości i totalne przeobrażenie postaci superbohatera, ale zupełnie nowa marka, która jak sądzę dzięki stylowi gry i kreowaniu postaci w przebiegu fabuły ma szansę stać się ikoniczną.
            Spidey kontynuuje swoje przygody w szeregach Avengers pod czujnym okiem Tony’ego Starka, który miejscami zdaje mi się aż nazbyt mu matkować. Czasami ten związek potrafi irytować, ale koniec końców fundamentuje dla widza fakt, że Mściciele uzupełniają się wzajemnie i nawet z pozoru najsłabszy, najmniejszy czy najmłodszy z nich jest pełnowartościowym członkiem załogi. Przyjemną odmianą jest fakt, że nie wałkujemy po raz kolejny smętnej historii wujka Bena i ogromnej odpowiedzialności, a od razu wskakujemy w buty Parkera, któremu przyszło oswajać się z nowymi mocami i gadżetami. O ile oswajanie pajęczych zmysłów i socjalizowanie się z rówieśnikami wyszło w filmie dość przyjemnie i naturalnie, o tyle kosmiczne gadżety dodane do stroju Petera były moim zdaniem mocno przesadzone. Jakoś bardziej przekonywał mnie Spider-Man, który opierał się głównie na swojej inteligencji i zmysłach, a nie na komputerze pokładowym rodem ze Star Trek. Dziwaczne rozwiązanie, aczkolwiek wprowadzające momentami rozładowujący napięcia humor sytuacyjny – zastanawiam się czy nie głównie po to zostało ono zastosowane?
Bardzo spodobały mi się także kreacje odmłodzonej cioci May(Marisa Tomei) i oczywiście zabawne powtórzenie roli Michaela Keatona jako Vulture – powtórzone pod kątem filmu Birdman. Czyżby Keaton coś przewidywał?


             Spider-Man został odświeżony i dostosowany do dynamiki Avengers, ale koniec końców to ten sam Spidey, którego wszyscy znamy i kochamy. Ponadto gra aktorska Hollanda dodaje tej postaci niespotykanego wcześniej polotu i wraca humor z jakim mieliśmy do czynienia w oglądanych za młodu kreskówkach. Należy także zwrócić uwagę na to, że wreszcie jest to film o Spider-Manie wyłącznie. Koncentruje się on silnie na postaci Parkera, którego przeżycia wewnętrzne i rozterki związane z byciem super-człowiekiem biorą górę nad pozostałymi kwestiami. Podobnych filmów doczekali się już Batman, czy Superman, ale trzeba przyznać, że Spider-Man jest wyjątkowo udany i wybija się na tle rozważań na temat człowieczeństwa super-ludzi. Na tym filmie nie zawiedzie się żaden fan Człowieka Pająka, a tym, którzy na niego specjalnie czekali może on narobić sporo apetytu na kolejne wyczyny ich ulubionego herosa.

Moja ocena: 4/6
Recenzję można przeczytać także na portalu Grabarz Polski

Dunkierka: wizjonerskie dzieło mistrza Nolana


Na wstępie pragnę zaznaczyć, że Pan Christopher Nolan nie zaskakuje swoją próbą zmierzenia się z klasycznym niemalże filmem wojennym. Otrzymujemy dzieło, które ma szansę stać się jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym filmem tego roku. Myślę również, że nie przesadzę stwierdzeniem, że film ten ma szanse zapisać się w historii gatunku obok takich klasyków jak na przykład Tora! Tora! Tora!(1970), Apocalypse Now(1979), Platoon(1986), Full Metal Jacket(1987) czy wreszcie Saving Private Ryan(1998).
Dunkierka(2017) to wizjonerski obraz, który pokazuje wojnę w zupełnie innej perspektywie niżeli ta, do której przyzwyczaiły nas filmy wojenne. W dziele Nolana niebezpieczeństwo wisi nad widzem od pierwszych sekund projekcji. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić dokładnie kiedy uderzy, jak uderzy i z jak fatalnym skutkiem. Na dodatek naziści nie są tutaj pokazani wprost. Widzimy ich z dystansu, lub w ogóle, ale mamy świadomość, że mogą objawić swój śmiertelny potencjał w każdej chwili. To bardzo przypomina atmosferę horroru gdzie zło czai się na nas w ukryciu, prześladuje nas, depcze nam po piętach i nie daje o sobie zapomnieć. Mistrzowskie posunięcie! Nie ma tutaj mowy o momencie odpoczynku czy szansy na małą przerwę. Widz zostaje silnie związany emocjonalnie z każdym bohaterem dramatu wojny jaka zdaje się rozgrywać tu i teraz, na naszych oczach. Dla Nolana wojna nabiera bowiem sensu totalnego i aktualnego, nie jawi się jako coś co było, coś co można oglądać spokojnie z dystansu, o nie! Ten film przyprawia o szybsze bicie serca, wywołuje dreszcze na skórze i wyciska z nas pot i łzy Zaangażowana i bardzo żywiołowa praca kamery sprawia, że uwaga i skupienie widowni nie maleje nawet na chwilę.
To obraz wyjątkowy, wymagający od widza zarówno percepcyjnie jak i intelektualnie dużej wrażliwości i odporności na to co twórcy mają mu do pokazania. Najbardziej drastyczne sceny sfilmowane są bardzo umiejętnie, tak aby piekło wojny nie działo się bezpośrednio na naszych oczach, ale bardziej wniknęło w naszą podświadomość. To w naszej głowie mają rozegrać się najbardziej dojmujące i krwawe sceny, których dosadności jak widać reżyser nie chciał przenosić na ekran. Nie umniejsza to jednak w żaden sposób atmosferze grozy jakiej możemy doświadczyć w wielu momentach filmu.


            Kreacje postaci za którymi podążymy w tę przerażającą otchłań, w której każdy stara się jakoś przetrwać, również stoją na najwyższym poziomie. Możemy zaobserwować całą galerię postaw tak różnych od siebie w obliczu losu jakim związała ich okrutna wojna. Są to powtarzalne schematy jeśli chodzi o ich ujęcie w ramach gatunku, lecz sposób filmowania bohaterów i bardzo indywidualne podejście do ich ról zarówno przez aktorów jak reżysera, sprawia ze stają się one oryginalne, wyraziste i silne. Nie brakuje tu postaw jednoznacznie dobrych jak ratujący żołnierzy na pełnym morzu Pan Dawson(Mark Rylance), więcej tu jednak zachowań jakie mogłaby tłumaczyć jedynie sytuacja wojny, a więc takich o których nie możemy jednoznacznie stwierdzić, że są złe. Nie jesteśmy do tego uprawnieni, a nawet gdyby tak było, to ocena wielu sytuacji z jakimi przyjdzie nam się zmierzyć w filmie i tak mogłaby być bardzo ciężka.


            Reżyser nie mógł całkowicie puścić wodzy twórczej fantazji jak to miało miejsce w filmach takich jak Inception(2010) czy Interstellar(2014), mimo to jego artystycznego sznytu nie da się z niczym pomylić. Od razu widać, że to dzieło Christophera Nolana. Narracja przeplata się ze sobą tworząc niezwykła mozaikę, która swobodnie, ale i niezwykle logicznie przenosi nas w czasie i miejscu. Potęguje atmosferę, nasila napięcia, zaskakuje i objaśnia zawiłości fabularne zamknięte w symultanicznej jedności obrazu.

Moja ocena: 6/6
Recenzję można przeczytać także na portalu Grabarz Polski